Staram się chociaż raz w roku przejechać większością szlaków w stosunkowo bliskiej okolicy Żywca, by na przykład sprawdzić ich stan, a czasem przypomnieć sobie, czy wciąż warto lub nie, nimi jeździć. Dzisiejsza trasa mniej więcej miała to na celu, lecz także bliższe przyjrzenie się grzbietowi Ostrego oraz zjazd z niego.

Z Żywca najkrótszą z możliwych dróg (niekoniecznie lubię asfaltowe dojazdówki) dojeżdżam do Twardorzeczki, skąd urokliwą doliną pnę się ku górze, by wjechać na Halę Radziechowską. Początek podjazdu jeszcze jest asfaltowy (lecz jakiś taki miły… może dlatego, że dość bystry), by po kilku minutach przejść w szuter przeplatany kamieniami zalanymi w betonie. Jednocześnie dość poważnie zwiększa się kąt, który u wielu riderów może powodować podrywanie przodu roweru. Jak już pokona się pierwsze stromsze fragmenty, po przecięciu potoku… za zakrętem kąt ponownie wymusza “przyklejenie się” do kierownicy. Jest wyzwanie, by całość podjechać, szczególnie “na raz”, lecz da się, a satysfakcja gwarantowana ;). Gdyby ktoś chciał zmierzyć się z segmentem na Stravie – proszę bardzo – 30% jak malowane :). 

Na Hali Radziechowskiej, przy częściowo rozebranej chatce, robię krótki postój, i jadę dalej na Magurkę Radziechowską. Nie muszę wspominać, że przy dobrej, widokowej pogodzie, trudno oderwać wzrok od roztaczających się z Hali Radziechowskiej krajobrazów!

Przejazd czerwonym szlakiem także dostarcza przyjemności, gdy ktoś lubi lawirować rowerem pomiędzy kamieniami czy korzeniami i pokonywać mniejsze prożki skalno-ziemne. Ja lubię, stąd też już kilka lat temu bardzo przypadł mi do gustu ten szlak. Zresztą w obu kierunkach jest ciekawy.

Z Magurki Radziechowskiej zjeżdżam początkowo zielonym szlakiem. Jego górny odcinek zdecydowanie jest charakterny, oj tak! Później nieco łagodnieje, ale wciąż wymaga uwagi. Warto! Odbijam nieco z niego, łatwo zdobywając Murońkę, by zdecydowanie niełatwą singlową ścieżką, stromo opadającą pośród borówek, zjechać do szlaku. Mała rzecz, a cieszy :).

Po wjechaniu na  halę pod Ostrym, ponownie odbijam ze szlaku i grzbietem zdobywam wierzchołek. Przy okazji poznaję kilka polan, na których jest postawionych kilka chatek, spod których rozpościerają się przednie widoki! Z Ostrego zjeżdżam równie wymagającym co wcześniej singlem, tyle że już więcej na nim kamieni i korzeni, więc wciąż trzeba zachować na nim koncentrację.

Po dojechaniu do leśnej drogi, zjeżdżam do Ostrego (nie, nie jest to zjazd zwykłą szutrówką – niemal cały czas pod kołami mamy sporo mniejszych i większych luźnych kamieni, które nie pozwalają zbytnio się rozpędzić). Trochę widoków, nowy przejazd, więc satysfakcja jest.

Z Doliny Zimnika podjeżdżam stokówką pod Kościelcem, gdzie po 4 kilometrach łapię żółty szlak, którym docieram do grzbietu pod Malinowską Skałę. Pnę się dalej i zielonym szlakiem zdobywam wcześniej wspomniany szczyt.

Głód i zmęczenie oraz bardzo klarowna widoczność, “zmuszają” mnie do spędzeniu kilku chwil na Malinowskiej Skale. By za bardzo nie ostygnąć, a na grzbiecie trochę wiało (przy temperaturze ok. 11 stopni), zabieram się do dalszej drogi. Krótki zjazd z Malinowskiej Skały zawsze przysparza nieco endorfin, szczególnie gdy pokona się całość, w dolnej części co jakiś czas zmienia się układ kamieni, więc zawsze jest coś nowego.

Późniejszy przejazd na Skrzyczne to już niemal formalność. Przyjemnie, bez większego wysiłku, za to z fantastycznymi widokami wokoło. Po dotarciu do schroniska, grzeję się nieco ciepłą kawą i postanawiam zjechać do Doliny Zimnika niebieskim szlakiem – tym razem z samej góry. Górny odcinek, po minięciu stokówki, jest zdecydowanie najbardziej wymagający i bez wątpienia luźne, większe kamienie nie pomagają w zjeździe. Czasem omijam ten fragment, dołączając do szlaku na drugim zakręcie szutrówki, którą też można zjechać do Doliny Zimnika. Dziś jednak chciałem zjechać prawilnie całość :).

Później szlak nieco łagodnieje, ale wciąż nie jest łatwy, za to da się mocniej dokręcić i dzięki szybkości jest większa przyjemność ze zjazdu. Ostatnie kilkaset metrów, gdzie szlak się zwęża, ponownie jest trudne i wymaga od rowerzysty umiejętności wyboru linii i ciągłej kontroli szybkości, by nie zablokować hamulców i nie zsunąć się na niechcianą przeszkodę.

Po wyjechaniu z lasu, ponownie wjeżdżam na asfalt i przez Lipową, i dalej Pietrzykowice, dojeżdżam do Żywca. Bardzo lubię przejazd tym niewielkim grzbietem, ponieważ co rusz na lewo i prawo wyłaniają się miłe oku widoki, szczególnie urokliwe wieczorową porą, gdy słońce kładzie się już promieniami na pola i okoliczne szczyty.

 

Garść statystyk:
Długość: 53 km
Przewyższenie: 1800 m
Trudność: 4/5

 

3 thoughts on “Bystro w górę, bystro w dół

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *