Zima w Beskidach powoli zaczyna odpuszczać. Niżej położone szlaki i ścieżki w końcu zaczynają być wolne od białego dywanu. Nie żebym nie lubił zimy, bo dla przypomnienia – skitury są drugą moją podstawową aktywnością, której za nic w zimie nie oddam :).

Natomiast żyjemy w takim a nie innym klimacie, gdzie jest kilka pór roku i to według nich powinniśmy dostosowywać swoją aktywność, przynajmniej tę najbliżej domu.

Nie przedłużając może więcej, stało się – 5 marca udało mi się dosiąść po 3 (trzech!) miesiącach przerwy rower. W głowie oczywiście setki myśli, na czele z tymi, czy sprzęt jeszcze w ogóle nadaje się do jazdy i czy rider jeszcze wie co się z nim robi ;). Na szczęście po przejechaniu kilkuset metrów wszystkie te myśli zostały skutecznie zasłonięte jednym wielkim uderzeniem endorfin, które tylko rower może wyzwolić.

Na nowo, po raz kolejny, płynnie udało się przejść z jednej aktywności w drugą. Noga choć przez całą zimę wcale oszczędzana nie była, jeszcze bardzo umiarkowanie „podawała” a oddech będzie wymagał ustabilizowania przy podjazdach. Ale nie ma co narzekać – ten pierwszy raz w nowym sezonie już pobudził do działania, do wymyślania tras i przywołał dziesiątki pięknych chwil spędzonych na rowerze.

A gdzie pojechałem? Bez szaleństw: z Żywca na Matyskę, dalej niebieskim szlakiem pod Magurkę Radziechowską (dokąd puszczał szlak bez śniegu) i zjechałem leśną drogą do Twardorzeczki. W sumie wyszło tego nieco ponad 30 km i prawie 900 przewyższeń, czyli nie najgorzej jak na pierwszy raz ;).

Garść statystyk:
Długość: 35 km
Przewyższenie: 810 m
Trudność: 2/5

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.