Dwa lata temu objazdem Baraniej Góry kończyliśmy sezon. Tym razem rozpoczynam sezon – chyba mogę tak powiedzieć, bo w 2021 to mój pierwszy dłuższy wyjazd MTB (a 11 w ogóle 😉 ). Dzień zapowiada się wręcz perfekcyjny – temperatura ok. 25 stopni, lekki wiatr i baranki na niebie, żadnych burz w prognozach. Szymon objeżdża Pomorze, więc ruszam z delegacją w góry.

Do Doliny Zimnika muszę się dostać “na własnych kołach”. Asfalt kończy się po kilkuset metrach podjazdu zboczami Kościelca. Zaczynają się inne utrudnienia – porastające pobocze poziomki. Kilka razy muszę się zatrzymać – w trosce o wyniki sportowe innych rowerzystów staram się zjeść jak najwięcej ;). Po drodze udaje mi się też przejechać żmiję – zapatrzona w poziomki, nie zauważyłam gada. Dobrze, że mnie nie dziabnęła!

Na grzbiecie łapię żółty szlak, jednak nie jadę nim długo – na rozwidleniu skręcam w lewo. Szlak skręca w prawo ku Malinowskiej Skale – świetna opcja na zjazd, natomiast w górę nie ma się co nim pchać. Z grzbietu skręcam na zachód, ku stokówce – którą pojadę teraz, trawersując stoki Baraniej Góry. Trochę w dół, trochę w górę po wygodnym szutrze, z rzadka trafia się polanka (w tym jedna z chatką i kranikiem), czy ostatnie zapewne w tym sezonie firletki. Na tej wysokości, mimo lipca w kalendarzu, zieleń jest jeszcze soczysta i wiosenna – w dolinach żółcą się już wykoszone łąki.

Chciałam sobie skrócić drogę do schroniska, ale wymowne znaki o żmijowisku skutecznie odwodzą mnie od tego pomysłu. W Schronisku na Przysłopie od razu zamawiam cel dzisiejszej wycieczki – kołaczyk z serem. Palce lizać! Po drodze drapię jeszcze za uszkiem schroniskowego kota – wygląda na to, że Gruby ma się dobrze :).

Po krótkim odpoczynku ruszam dalej, tym razem niebieskim szlakiem w stronę Karolówki. Na grzbiecie odbijam w nieznakowaną leśną drogę, ale zamiast jechać standardowym wariantem – kieruję się ku Baraniej Górze, by niepotrzebnie nie tracić wysokości. Tu trafia mnie mała awaria – łańcuch postanowił sobie spaść i zaklinować się na amen między małą tarczą a suportem. Już zabieram się do odkręcania zębatek, ale pojawia się skory do pomocy turysta. Ma więcej siły w łapkach niż ja, więc udaje mu się wyjąć łańcuch. Zapobiegawczo nie używam już “młynka” do końca wycieczki. Ręce może słabe, ale nogi dają radę ;).

Ponownie stokówkami docieram pod grzbiet w okolicach Magurki Wiślańskiej. Po drodze zwiedzam jeszcze wychodnie skalne na Barańskim Groniu – jakoś do tej pory nie było okazji. Nie zapuszczam się za bardzo w głąb skałek, nie chcę się natknąć na jakiegoś ursusa zażywającego poobiedniej drzemki ;). Przy okazji trafiam na kolejne smakowite przeszkody terenowe – tym razem fioletowe ;). Po drodze uzupełniam wodę – butelka filtrująca Dafi idealnie sprawdza się w takich sytuacjach.

Czeka mnie teraz krótki wypych, na szczęście wynagrodzony znakomitym przejazdem ku Magurce Radziechowskiej. Oboje z Szymonem lubimy ten fragment szlaku – widokowy i urozmaicony. Z Magurki kieruję się już ku dolinom – zielonym szlakiem. Górny fragment zjazdu jest dla mnie za bardzo wymagający – następnym razem ominę go, zahaczając o Halę Radziechowską. Dalej już w pełni przejezdnie – choć z kolei w dolnej części zdarza mi się kilka podpórek. Po drodze jeszcze kilka zdjęć widokowych hal i widocznego na horyzoncie Jeziora Żywieckiego.

Na koniec wisienka na torcie – przejazd łąkami nad Lipową. Korzystam, póki można – tzn. póki wszystkiego nie zabudują. Rozproszona zabudowa jest niestety plagą w polskim krajobrazie. Skutek tego negatywnego zjawiska jest taki, że po paru latach nikt nie może skorzystać z uroku okolicy. Ani mieszkańcy domów – bo zamiast ładnego widoku mają dookoła okna sąsiadów, ani pozostali mieszkańcy – bo z rozległych terenów zielonych robi się kolejne podmiejskie osiedle.

Na szczęście jeszcze można skorzystać – a mając słońce za plecami uchwycić aparatem kilka widokowych ujęć. Pozostaje jeszcze kilka kilometrów asfaltu, by po 18 móc się raczyć schłodzonym złocistym izotonikiem ;).

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *