Dolomity są górami, których szereg cech czyni je wyjątkowo atrakcyjnymi dla wielu rodzajów aktywności sportowej – zarówno latem jak i zimą. Już kilka razy miałem przyjemność je odwiedzić – zarówno zimą, jak i latem. I wciąż nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, kiedy prezentują się najładniej. Stąd też wciąż próbuję znaleźć odpowiedź na to pytanie, i po raz kolejny odwiedzam Dolomity, by pojeździć po nich latem na rowerze szosowym.

Na wyjazd w Dolomity nie trzeba długo szukać kompanów. Nawet wtedy, gdy termin wyjazdu ogłosi się na kilka dni przed planowaną datą pierwszej trasy ;). Dzięki sprawnej organizacji, załatwieniu pozwoleń w domach oraz urlopów, w trzyosobowym składzie – Bartek, Mariusz i ja, udaliśmy się na wspólną podróż, gdzie miało nas czekać ogrom wrażeń, związanych z pobytem w najpiękniejszych rejonach Dolomitów.

 

Dzień #1 (65 km / 1820 up): Sella Ronda

Nocna podróż przez Słowację i Austrię przebiegła nadzwyczaj sprawnie. Nawet każdemu z nas udało się nieco zdrzemnąć w aucie, choć o komforcie snu nie było mowy. Na szczęście pogoda oraz widoki, które już “na dzień dobry” nas przywitały, szybko zmyły z naszych oczu niewyspanie, a zapełniły je wspaniałe widoki.

Pierwszą trasę jaką zaplanowałem, był klasyk nad klasykami, czyli Sella Ronda – jedna z najpiękniejszych, o ile nie najpiękniejsza trasa, która wiedzie wokół grupy Sella i pozwala zdobyć jedne z najwyższych przełęczy w Dolomitach.

Wycieczkę rozpoczynamy w miejscowości Badia, skąd przez kilka kilometrów lekkiego podjazdu, rozgrzewamy się. W Corvarze kierujemy  się na pierwszą tego dnia przełęcz – Campolongo (1875 m. n.p.m.). Droga od razu nabiera większego nachylenia, lecz przyjemna temperatura nie daje tak odczuć trudności pierwszego podjazdu. Po zdobyciu przełęczy zjeżdżamy do Arabby, gdzie robimy krótki postój, by dopełnić bidony i zaczynamy podjazd na Passo Pordoi (2239 m. n.p.m.). Stosunkowo niewielki ruch samochodowy oraz wciąż przyjazna temperatura (ok. 20 stopni Celsjusza) bardzo nam pomagają pokonać ten fragment. Na przełęczy oczywiście pamiątkowe zdjęcia, kilka kęsów słodkości wwiezionych w kieszonkach koszulek.

Zjazd w kierunku Canazei jest wyjątkowo widokowy, stąd też kilka razy nie sposób było się nie zatrzymać i zrobić kilka zdjęć.

Na Passo Sella (2218 m. n.p.m.) dzięki już względnej aklimatyzacji oraz cudownym widokom, wjeżdża nam się także wyjątkowo sprawnie. Nawet pomimo stosunkowo najtrudniejszego fragmentu trasy. Przełęcz pełna jest już turystów, zarówno tych na rowerach jak i samochodowych. Nie bawimy więc tam długo i zaczynamy bardzo przyjemny zjazd, a później podjazd na kolejną przełęcz.

Passo Gardena (2121 m. n.p.m.) jest po wcześniejszej przełęczy, wg mnie, najbardziej malowniczą na całej trasie. Szczególnie spojrzenie na wschód, w kierunku Colfosco, gdzie drogowe serpentyny niemal oszałamiają swoją urodą, czyni to miejsce wysoce urodziwym.

Zjazd przez Colfosco i Corvarę, na wielu odcinkach po nowym asfalcie, jest bardzo przyjemny. Pokonywane serpentyny, spektakularne widoki i radość z pokonania już wszystkich czterech przełęczy, bez wątpienia były mocnym akcentem na koniec naszej trasy.

Dojechawszy na parking, sprawnie udało się nam spakować rowery, przy okazji sporządzając pierwszy tego wyjazdu, jakże smaczny, obiad. Po końcowym spakowaniu, jedziemy do kolejnej doliny, w okolicy Cortiny d’Ampezzo, gdzie będziemy nocować.

 

Dzień #2 (75 km / 2150 up): Passo Giau, Passo Falzarego, Passo Valparola

Następny dzień ponownie przywitał nas piękną pogodą, która zdecydowanie zachęcała do pokonania kolejnej trasy, której celem były trzy przełęcze.

Z Cortiny d’Ampezzo wjeżdzamy na pierwszą z nich, czyli Passo Giau (2236 m. n.p.m.). Miałem okazję te przełęcz wjeżdżać już dwa lata wcześniej, lecz z drugiej strony. Z pewnością pierwszy podjazd był bardziej wymagający (i może też bardziej atrakcyjny?), lecz chciałem wjechać przełęcz nową drogą, którą wcześniej tylko zjeżdżałem.

Passo Giau także i od strony Cortiny jest wymagające, ale bez przesady. Dzięki temu pierwsza przełęcz została zdobyta bez większego wysiłku. Za to zjazd z niej, bez wątpienia nie należy do tych “łatwych”. Szybkie, krótkie i strome serpentyny, niewidoczne zakręty i dość często nieprzepisowi kierowcy (głównie motocykli), potrafią podnieść już i tak wysoki poziom adrenaliny. Na szczęście udało nam się bezpiecznie zjechać, choć było kilka sytuacji mocno niebezpiecznych…

Kolejna przełęcz – Passo Falzarego (2105 m. n.p.m.), na którą prowadzi bardzo przyjazny podjazd (choć nachylenie 7-9% stale nam towarzyszy), udało się ponownie pokonać bez większego wysiłku. Co prawda w nogach mieliśmy już trochę kilometrów, choć w tym przypadku nieproporcjonalnie więcej przewyższenia/podjazdów. 

Wbrew pozorom, najwięcej wysiłku kosztował nas ostatni, najkrótszy podjazd, na Passo Vapalora (2192 m. n.p.m.). I to niekoniecznie dlatego, że była to najwyższa przełęcz tego dnia, ale ostatni fragment miał nachylenie ponad 10%, a my w nogach mieliśmy już blisko 2000 metrów podjazdów. Na szczęście krótki odcinek z Passo Falzarego udało się pokonać, dzięki czemu mogliśmy cieszyć się wspaniałymi widokami, między innymi na fragment naszej wczorajszej trasy.

Z Passo Valparola miałem też niewielkie porachunki, ponieważ rok wcześniej, gdy byliśmy  na niej z Olą, dostała nas tam potężna burza. Zmusiło nas to do dłuższego przeczekania tego załamania w schronisku pod przełęczą. Biliśmy się wtedy w głowach z myślami o przerwaniu wycieczki, powrocie autobusem, i ogólnie aura za oknem nie zachęcała wtedy do kontynuowania trasy. Na szczęście po blisko 3 godzinach burza ustąpiła, wypogodziło się na tyle, że można było bezpiecznie ruszyć dalej.

Opuszczamy przełęcz i przez Passo Falzarego, zjeżdżamy w większości wybornym asfaltem z powrotem do Cortiny d’Ampezzo. Na parkingu suszymy jeszcze namioty z porannej rosy, gotujemy obiad i wieczorem przenosimy się do kolejnej doliny, w okolicy Auronzo.

 

 

Dzień #3 (97 km / 1900 up): Auronzo di Cadore, Sella Ciampigotto, Comeglians, Sappada

Trzeci dzień naszych szosowych zmagań w Dolomitach jest dniem, w którym zamierzałem przejechać trasę, na której najbardziej mi zależało. A dokładniej chciałem wjechać na Sella Ciampigotto (1790 m. n.p.m.), czyli na przełęcz, z której w ubiegłym roku dosłownie zmył nas deszcz. Już wtedy podczas zjazdu zachciało mi się ponownie tu być, tyle że tym razem wjechać na tę przełęcz z drugiej strony. “Dorobiłem” więc do tego resztę trasy i tym samym mogliśmy przejechać kolejną, całkiem ciekawą, rundkę w Dolomitach.

Startujemy w Auronzo, nieopodal zapory. Pierwsze kilka kilometrów to przyjemny zjazd, w sam raz by nieco rozgrzać nogi, ponieważ niemal od razu, z samego dna doliny, czeka nas prawie 18 kilometrów podjazdu. Pierwsza część jest stosunkowo spokojna, choć ma kilka mocniejszych akcentów. Wraz z nabieraniem wysokości, zmienia się także otoczenie – wjeżdżamy w coraz węższą dolinę, na końcu której czekają na nas wyjątkowe serpentyny: raz, że mocno wznoszą się ponad naszymi głowami, a dwa, że bardzo sprawnie pokonujemy na nich sporą część podjazdu.

Moje oczekiwania z wjazdu Sella Ciampigotto zostały spełnione – bardzo ciekawy, atrakcyjny zarówno krajoznawczo jak i rowerowo podjazd, okazał jednym z najlepszych w Dolomitach. Na przełęczy robimy krótką przerwę – raczymy się pyszną włoską kawą i napawamy się widokami na okolice.

Dalsza część trasy to blisko 30 kilometrów zjazdu, aż do Comeglians, skąd można zacząć podjazd np. na słynny Zoncolan czy Panoramica delle Vette (rok wcześniej mieliśmy okazję wraz z Olą wjechać obie trasy jednego dnia 🙂 ).

Tak się złożyło, że zjechaliśmy ponad 200 metrów niżej niż początek trasy. Dało się to odczuć głównie poprzez temperaturę – rano było rześko, na przełęczy chłodno, a w dolinie Comeglians wręcz upalnie. Stąd dopiero po kilkunastu kilometrach, w Rigolato, zrobiliśmy sobie krótki postój, by uzupełnić płyny i co nieco zjeść.

Dalsza część podjazdu nie była nadto wymagająca. Dopiero na kilka kilometrów przed Sappadą zaczęły się solidne procenty. Raptem kilka serpentyn, a reszta sztywno trzymała w górę. Na szczęście mieliśmy wjechać tylko na nieco ponad 1200 m. n.p.m., więc podjazd nie dłużył się nadto. A z Sappady już tylko w dół – czysta i niczym nie skrępowana przyjemność :). Piękną doliną, przez kilka typowo turystycznych miejscowości, dotarliśmy z powrotem do Auronzo. Na ostatnich 10 kilometrach dopadł nas solidny deszcz, lecz na szczęście część tego odcinku pokonaliśmy w tunelu, po wyjechaniu z którego znaleźliśmy w drugiej dolinie, w której świeciło już słońce :). 

 

Dzień #4 (70 km / 1520 up): Misurina, Cortina d’Ampezzo, Passo Tre Croci

Czwartego dnia naszego pobytu w Dolomitach mieliśmy zaplanowaną trasę wokół grupy Cristallo z bonusowym podjazdem (a potem zjazdem) z Auronzo. Wiedząc, że mamy do dyspozycji (wg kilku prognoz) tylko kilka godzin pogody rano, postanowiliśmy wcześniej wyruszyć w trasę. Ranek co prawda był nieco pochmurny, ale prognozy zapowiadały później słońce, a  deszcze z burzą miały być dopiero po godzinie 12-tej.

Co z tego wyszło? Udało nam się pokonać 5 kilometrów pierwszego podjazdu “na sucho”. Przez kolejne 5 zaczęło mocno kropić, a następne 2 kilometry jechaliśmy już totalnej ulewie. Z racji czekającej nas trasy, pełnej jednak trudnych zjazdów, które po mokrej nawierzchni, dodatkowo w deszczu nie byłyby bezpiecznymi, postanowiliśmy zawrócić. Nie było sensu pchać się w niepogodę, co do której i tak do końca nie wiedzieliśmy, kiedy się skończy.

Gdy wróciliśmy na parking, jeszcze raz popatrzyliśmy na prognozy, które jednak od ubiegłego wieczoru nie zmieniły się – wciąż zapowiadany był deszcz z burzami na resztę dnia. Jako że podobne prognozy były także i na kolejny dzień, który miał być naszym ostatnim dniem w Dolomitach, postanowiliśmy się spakować i wrócić dzień wcześniej do kraju.

Gdy już zbieraliśmy się w drogę powrotną, po kilkunastu minutach przestało padać, a zza chmur wyszło piękne błękitne niebo (najczystsze jakie do tej pory mieliśmy na wyjeździe), a z pomiędzy drzew pięknie wyłonił się widok na oświetlone jeszcze porannym, ciepłym słońcem masyw Tre Cime di Lavaredo. Ten widok mocno namieszał nam w głowie. Na tyle mocno, że postanowiliśmy dać dniowi kolejną szansę, i do miejsca gdzie wcześniej rano zrobiliśmy odwrót, podjechaliśmy autem i rowerami ruszyliśmy w trasę, kontynuując pierwotny plan na ten dzień.

Pierwsze serpentyny prowadzące pod Misurinę weszły z pewnym oporem. Za to rozpogadzający się dzień i chmury ustępujące z gór były wyjątkowo zjawiskowym spektaklem, który mocno nas zmotywował, by starać się przejechać całą zaplanowaną trasę.

Zjazd z Misuriny i przejazd do Cortiny d’Ampezzo  był wyjątkowo przyjemnym odcinkiem: dobra nawierzchnia, nieduże nachylenia, zarówno w górę jak i w dół oraz spora dawka motywacji, przyczyniła się do szybkiego pokonania tego fragmentu trasy.

W Cortinie zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek, by coś zjeść i napić się. Zaraz po wyjechaniu z miasta, za naszymi plecami, głównie w masywie Toffany, mocno zaczęły ponownie kłębić się chmury. Był to dla nas znak, że prognozy jednak się sprawdzą, i deszcz jeszcze tego dnia nie powiedział ostatniego słowa. 

Podjazd na Passo Tre Croci każdy z nas pokonał już swoim tempem, starając się jednak nie ociągać, by po raz kolejny tego dnia nie zmoknąć. Finalnie na przełęcz udało się wjechać jedynie w towarzystwie niewielkich kropel, które jeszcze krótko na zjeździe nas “motywowały”, lecz ostatni odcinek, po serpentynach, pozbawiony był tych atrakcji. Mogliśmy więc skupić się na przyjemności z pokonywania kolejnych krętych fragmentów trasy.

Tym samym udało nam się przejechać zaplanowaną trasę. Trochę na raty, lecz finalnie w zakładanym czasie pokonaliśmy kolejną jakże ciekawą, choć nietrudną pętlę w Dolomitach.

Wieczorem oczywiście i na nasz kamping dotarł deszcz, i to nie jeden. My już jednak byliśmy w bezpiecznym miejscu, gdzie nasze poranne troski staraliśmy się ukoić lokalnym winem :). 

 

Dzień #5 (19 km / 720 up): Tre Cime di Lavaredo

Piąty dzień był dniem naszego wyjazdu z Włoch. Z racji czekających nas obowiązków kolejnego dnia, a co się z tym wiązało, powrotem do kraju w okolicach północy, do dyspozycji mieliśmy tylko kilka godzin rowerowych. Postanowiliśmy więc “zamknąć” nasz wyjazd swoistą wisienką na torcie czyli wjechać na pod Tre Cime di Lavaredo.

Podjeżdżamy więc pod Misurinę, gdzie udaje się znaleźć przyjazne (czyt. darmowe 😉 miejsce parkingowe i pełni dobrego nastroju, pomimo wczesnej godziny i rześkiego poranka, ruszamy ku naszemu celowi.

Mijamy Lago di Musirina, po którym czeka na pierwsza krótka ściana do wjechania. Starałem się wcześniej przygotować kolegów na czekający nas podjazd, by rozsądnie gospodarowali siłami. Stąd też każdy z nas indywidualnie, swoim tempem, zdobywał kolejne metry przewyższenia. 

Finalny podjazd zaczyna się po minięciu bramek, gdzie zmotoryzowani zobligowani są do uiszczenia opłaty za wjazd. Po kilkuset metrach za nimi od razu droga osiąga niemal stałe nachylenie 12-14%, ze znikomymi fragmentami do odpoczynku. I tak przez 4 kilometry. Powiem tak – lekko nie jest, ale i motywacja jest spora. A dodając do tego cudowne widoki na okolice, spotęgowane świeżym, rześkim porankiem o wyjątkowej przejrzystości, rower niemal sam rwie się ku górze ;).

Ostatni parking – wysokość niemal 2350 m. n.p.m. robi swoje – tj. widokowo wprost miażdży! Byłem już w Dolomitach wiele razy, latem i zimą, pod Tre Cime di Lavaredo także, lecz to miejsce cały czas zachwyca i powoduje mocniejsze bicie serca.

Pamiątkowe zdjęcia, podziwianie widoków i… koniecznie ubranie się w cieplejsze rzeczy, ponieważ temperatura nie powala; nawet lekko wiejący wiatr obniża jej wartość do ledwie kilku stopni powyżej zera. Na górze nie zostajemy więc nadto długo. Zjazd udaje się sprawnie pokonać, a w nagrodę za całą wycieczkę, zatrzymujemy się jeszcze na ostatniej tego wyjazdu włoskiej kawie, którą pijemy jeszcze w Misurinie.

Dojeżdżamy do auta, pakujemy sprzęt i jedziemy jeszcze w okolice pierwszego biwaku, gdzie odświeżamy się przed czekającą nas podróżą powrotną. Na koniec robimy jeszcze niewielkie zakupy na drogę oraz zatrzymujemy się na pizzę, która jest doskonałym, kulinarnym zakończeniem naszej przygody z Dolomitami.

Kolejny szosowy wypad dobiegł końca. Udało nam się przejechać wszystkie zaplanowane trasy, a pogoda, choć trochę spłatała nam figla, finalnie okazała się całkiem łaskawa ;).

Z tej strony dziękuję Bartkowi i Mariuszowi za wspólnie spędzony czas i stworzenie wybornej grupki, zdolnej pokonać wiele trudności, czerpiąc jednocześnie mnóstwo przyjemności z jazdy na rowerze pośród tak pięknych gór, jakimi są Dolomity.

 

Inne rowerowe wyjazdy do:
– Słowenii:
      » Słoweńska majówka #1
      » Słoweńska majówka #2
      » Słowenia – Włochy: 3:2
– Włoch:
      » Z głową w chmurach czyli wakacje w Dolomitach
      » Szosowe wakacje w Dolomitach
      » Słowenia – Włochy: 3:2

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *