Koniec czerwca od kilku już lat staramy się spędzać na urlopie za granicą. Jeszcze sezon turystycznych wakacji nie w pełni, więc i mniejszy ruch w popularniejszych miejscówkach, a i na kampingach ceny bywają niższe. Ponadto, jako że upodobaliśmy sobie alpejską część Włoch, to świeża zieleń drzew, a szczególnie kwietnych hal, wyjątkowo pięknie komponuje się z ośnieżonymi jeszcze szczytami.

Tegoroczny czerwiec, zresztą podobnie jak to miało miejsce rok temu, gdzie odwiedziliśmy Dolomity, dodatkowo był “wzbogacony” obostrzeniami, związanymi z ograniczeniem się w przemieszczaniu. Na szczęście intersujące nas kraje, zluzowały sankcje wjazdowe (choć przydał się wydrukowany certyfikat szczepienia przeciw COVID-19), dzięki czemu mogliśmy śmiało planować nasz wyjazd. Co prawda z powodu ograniczeń w pracy, nie mogliśmy sobie pozwolić na dłuższy urlop, lecz byliśmy mocno spragnieni alpejskich, czy w ogóle innych niż rodzime, krajobrazów. Poza tym stosunkowo nieduża odległość/czas dojazdu, mocno sprzyjały podjęciu decyzji :).

 

Dzień #1 – Sella Nevea, Sella Cereschiatis

Nocny przejazd przez Słowację/Austrię, i nad ranem lądujemy w naszej sprawdzonej miejscówce biwakowej nieopodal Tarvisio we Włoszech. Udało się jeszcze nawet zdrzemnąć choć kilka godzin, by nieco nabrać świeżości, przed czekającym nas pierwszym dniem. Swoją drogą całkiem przypadkiem udało się połączyć nasz ostatni wyjazd, z tym obecnym, ponieważ rok temu żegnaliśmy urlop właśnie w tym miejscu.

Pierwszego dnia celowo zaplanowałem dość spokojną pętlę (75km/1000m przewyższenia). Przy czym w zanadrzu była też wersja + 20km/500up :). Finalnie pętlę w części pokonaliśmy wspólnie (choć osobno 😉 ) z Olą. Ja o dziwo dobrze się czułem po nocy za kółkiem, więc postanowiłem zrobić nieco dłuższą i wyższą trasę, a Ola wolała spokojniej zacząć wyjazd.

Tak więc “na dzień dobry”, z Tarvisio wjechaliśmy na Sella Nevea. Bardzo przyjemne nachylenie podjazdu w otoczeniu ośnieżonych jeszcze Alp Juliskich, wyjątkowo pozytywnie nastroiło nas tego dnia, dzięki czemu każdemu z nas udało się pokonać zaplanowaną trasę. 

Po zjechaniu z Sella Nevea, w miejscowości Chiusaforte, rozjechaliśmy się w przeciwnych kierunkach – Ola przez Pontebbę do Tarvisio, a ja do Moggio Udinese. Stąd też mieliśmy okazję jechać jedną z rewelacyjnie poprowadzonych tras rowerowych – Alpe Adria – która w tej okolicy biegła po dawnym nasypie kolejowym. Dzięki temu nie musieliśmy martwić się o ruch samochodowy, a liczne tunele (w których o tej porze roku panuje przyjemny chłód) i mosty bardzo uatrakcyjniały ten fragment trasy.

W Moggio Udinese odbijam na północ i kieruję się doliną ku Sella Cereschiatis. Pojazd długo i łagodnie się się wznosi, by na kilka kilometrów przed przełęczą, zacząć się mocniej piąć. Na szczęście nie było to aż tak poważne nachylenie, by nie można było ich spokojnym tempem wjechać. Sama przełęcz w widoki nie obfituje – jedynie z drogi dojazdowej czy zjazdowej można podziwiać ciekawsze panoramy.

Po zdobyciu przełęczy czeka mnie długi zjazd do Pontebby, skąd ponownie wbijam się na wcześniej wspomnianą trasę rowerową. Do Tarvisio czeka mnie jeszcze niewielki podjazd, który delikatnie wznosi się, natomiast do samego centrum jedziemy już w dół. 

Obie trasy polecamy na przyjemną pętlę szosową. I o ile Sella Nevea jest bardziej znaną przełęczą, o tyle na trasie na Sella Cereschiatis raczej nie mamy co spodziewać się większego ruchu, więc możemy w spokoju cieszyć się jazdą.

Dzień #2 – Forcella di Lius, Passo del Cason di Lanza

Na drugi dzień przygotowałem dość wyjątkową trasę ;). Jak to Ola podsumowała – 60 kilometrów dojazdu, by na 20 pokonać niemal całe przewyższenia dnia :). Cóż – nie zawsze pętle da się lepiej poprowadzić.

Trasę rozpoczynamy w Pontebbie. Częściowo pokonujemy ponownie wczorajszą trasę biegnącą po trasie rowerowej Alpe Adria, którą dojeżdżamy niemal do samego Tolmezzo. Do tej pory mieliśmy głównie delikatnie w dół, lecz wiatr wiejący nam prosto w twarz, wcale nie dawał tego odczuć. W mieście robimy sobie krótką przerwę i powoli zaczynamy delikatny podjazd w kierunku Paluzzy. Ile się da pokonujemy szlakiem rowerowym, lecz ostatnie kilometry musimy już przejechać główną drogą. Dalszy przejazd prowadzi już bocznymi drogami, dzięki czemu ruch samochodowy jest niewielki.

Po miejscami dość stromym podjeździe (za to bardzo widokowym), zdobywamy pierwszą przełęcz tego dnia – Forcella di Lius (1070 m n.p.m.). Następnie zjeżdżamy jeszcze stromszym fragmentem trasy do Paularo, skąd czeka nas decydujące starcie z dzisiejszym celem – Passo del Cason di Lanza (Passo Lanza) (1552 m n.p.m.).

Po kilkunastu minutach odpoczynku, posileniu się i uzupełnieniu płynów, rozpoczynamy podjazd. Niemal od samego początku jest mocno. Przez pierwsze kilometry średnio 9%. Po krótkim zjeździe, który daje odpocząć nogom, czeka nas najtrudniejsza część, czyli 5 kilometrów z dominującym 14-16% nachyleniem. I na palcach jednej ręki można policzyć, gdzie można nieco odpocząć :).

Na górze zgodnie z Olą stwierdzamy, że ów podjazd jest zdecydowanie cięższy niż Zoncolan (z Ovaro). I o ile nasza trasa w górę była wymagająca, o tyle z drugiej strony (na którą nam było dane zjeżdżać), okazuje się, że jest jeszcze stromiej! Bez wątpienia dla chcących zdobyć przełęcz prosto z Pontebby – czeka kolarzy solidna wspinaczka!

Wjechanie na Passo del Cason di Lanza dodatkowo utrudnia średniej jakości nawierzchnia, która nie pozwala na szybki zjazd (zresztą i tak nie byłby możliwy, bo serpentyny czy wąska droga mocno to ograniczają).

Na zjeździe do Pontebby jest kilka mocno widokowych miejsc, które wręcz nakazują zatrzymanie się dla zrobienie kilku zdjęć. Sami doprawdy nie wiemy, po co ktoś w ogóle wybudował drogę na tę przełęcz (na trasie mijamy zaledwie kilka domów), ale jeśli już jest  – dobrze było na nią wjechać. Przy czym chyba będzie to chyba jedno z tych miejsc, do których niekoniecznie będziemy chcieli wrócić. Owszem – ciekawy i wymagający podjazd, ale ogólnie widokowo już słabiej. Natomiast niewątpliwą zaletą tego miejsca jest znikomy ruch samochodowy oraz szansa na dobry wynik na Stravie (mała ilość uczestników) :).

Do Pontebby dojeżdżamy już mocno głodni, więc od razu nasze kroki kierujemy do jednej z lokalnych pizzerii. Pyszna pizza połączona z radlerem, doskonale nas syci, dzięki czemu po spakowaniu rowerów i dojechaniu do Tarvisio, nie musimy już przygotowywać kolacji :). Pozostaje nam regenerować się w hamaku z butelką dowolnie wybranego napoju ;).

Dzień #3 – Bohinjsko sedlo, Cerkno sedlo, Stari vrh (sedlo)

Kolejnego dnia przenosimy się na drugą stronę Alp Julijskich – do Słowenii. Kilka tras szosowych w tym kraju mamy już za sobą (linki na końcu wpisu), więc celem kolejnego odwiedzenia tego kraju było poznanie tych mniej popularnych okolic, które zdarzało nam się obserwować zza okien samochodu. Myślę, że wcale nie uprzedzę faktów, jeśli napiszę, że zaplanowane trasy okazały się strzałem w dziesiątkę :). Lecz po kolei.

Pierwszą z tras zaplanowałem tak, by prowadziła przez wyższe przełęcze, na których znajdują się ośrodki narciarskie. Dawało to solidne podstawy sądzić, że będą to widokowe przejazdy połączone z solidnymi podjazdami jak i ciekawymi zjazdami. Bez wątpienia tak właśnie było!

Wycieczkę rozpoczynamy z miejscowości Praprotno, położonej blisko Škofja Loka, znanej z bardzo dobrze zachowanej średniowiecznej starówki. Szeroką, płaską doliną jedziemy przez Železniki, gdzie odbijamy do wsi Rudno, zaczynając jednocześnie pierwszy podjazd. Początek zapowiada się idealnie – pogoda, widoki, nachylenie, nawierzchnia drogi. Za wsią droga zaczyna mocniej się piąć, aż do momentu, gdy kończy się… asfalt. Jak się okazało – niezależnie od klasy/numeru drogi czy oznaczeniu jej na mapie, w Słowenii wciąż główne drogi mogą być wykonane jako utwardzone i pokryte drobnym szutrem. Trochę nas to zaskoczyło, szczególnie, że dbałem o to, by dobrze sprawdzić przebieg trasy pod kątem roweru szosowego.

Dysponując rowerem trekingowym czy gravelem, na pewno nie trzeba się tym tak przejmować. Jednak opona 25 czy 28 nie zawsze pozwala na wygodne (i bezpieczne) przejazdy drogą inną niż asfaltową.

Napotkany szuter na szczęście był wysoce przyjazny do jazdy i nawet te kilkanaście kilometrów jakoś udało się przejechać. Wzbudziło to niestety nasze obawy (głównie o czas przejazdu), czy aby później nie trafią nam się takie fragmenty, ale obyło się już bez niespodzianek. Opony po tym przejeździe wyglądały zdecydowanie gorzej, ale ostatecznie udało się bez problemów technicznych zakończyć przejazd.

Po kilku kilometrach szutrowego zjazdu, docieramy w końcu do upragnionego asfaltu i zaczynamy podjazd pod najwyżej położoną przełęcz na trasie – Bohinjsko sedlo (1277 m n.p.m.). W międzyczasie zza drzew pojawiają się coraz ciekawsze widoki, szczególnie ku przykuwającym wzrok ośnieżonym szczytom Alp Juliskich, z dominującym Triglavem.

Na przełęczy raczymy się radlerem i pyszną mrożoną kawą – w sam raz by choć trochę odetchnąć od upału. Napełniamy też bidony, co jest o tyle ważne, że w przeciwieństwie np. do Włoch, mało jest miejsc,  tzw. kraników przy drogach, gdzie można to zrobić. Poza tym w wielu miejscowościach w ogóle nie ma sklepów czy nawet barów, by  można było kupić coś do picia.

O ile podjazd na przełęcz wiódł względnie dobrym asfaltem, o tyle pierwsze dwa kilometry były mocno nierówne – sporo łat i niewielkich dziur uprzykrzało przyjemność ze zjazdu. Za to widoki z trasy były obłędne – nie sposób było szybciej jechać, by się co chwila nie zatrzymać, zrobić zdjęcie czy po prostu rozejrzeć się w około.

We wsi Zali Rog, gdy zjechaliśmy już po świetnej i równej drodze, skręciliśmy na południe, i wyjątkowo urokliwą doliną, miejscami mocno zwężającą się niczym Dolina Kościeliska, wspięliśmy się na drugą przełęcz, z ośrodkiem narciarskim Cerkno. Jedynie ostatni kilometr trasy pozostawiał wiele do życzenia (dziurawy asfalt).

Na przełęczy poza parkingiem (i widokami) nie ma nic, więc po chwili odpoczynku, ruszyliśmy w dół, by poddać próbie kolejne kilometry zaplanowanej trasy. Czekał nas zjazd z elementami trawersu pośród dość wysoko położonych osad. I tego typu przejazd był właśnie jednym z głównych celów, które chcieliśmy przejechać: wąskie dróżki, niewielkie grupki domów, odsłonięte zbocza i rozległe panoramy. A do tego doskonała nawierzchnia na szosę! O takich właśnie miejscach marzyliśmy, by do nich dotrzeć, i takich właśnie widoków chcieliśmy doświadczyć – czysta poezja dla oczu! Mieszkańcy wsi Leskovica czy Studor mają sporo szczęścia mieszkając w tak zjawiskowych lokalizacjach. Przynajmniej latem ;).

Kolejny zjazd w dolinę i kolejna dawka pozytywnych emocji :). Udało się nawet złapać po drodze na chwilę przed zamknięciem sklep, gdzie zakupione pączki i radlery ponownie solidnie nas wzmocniły, szczególnie że w nogach mieliśmy już ponad 60 kilometrów i 1500 metrów solidnych podjazdów w prażącym słońcu.

Ostatni fragment, który nas czekał, to wjazd na Stari vrh, na zboczach którego położony jest kolejny odwiedzany przez nas ośrodek narciarski. W miejscowości Poljane nad Škofjo Loko skręcamy więc na północ i na początku łagodnie, a po kilku kilometrach, coraz stromiej, mijając wsie JavorjeČetena ravan  wznosimy ponad dolinę. Widoki ponownie oszałamiają, niewielkie osady i dróżki wiodące do nich także wzbudzają w nas zachwyt. I nawet stromy podjazd lepiej wchodzi, gdy w około roztaczają się takie krajobrazy.

Na sam wierzchołek rowerem szosowym nie da się wjechać. Nam zresztą to niepotrzebne, szczególnie gdy po wjechaniu na grzbiet, naszym oczom ukazują się kolejne alpejskie góry – Karawanki oraz Alpy Kamnicko-Sawińskie. Powoli kończący się dzień, a co za tym idzie, nisko położone słońce, cudownie oświetla południowe zbocza tych pasm – widoki wprost dech zapierają! Kolejne marzenie tego wyjazdu się realizuje :).

Chwilę delektujemy się tym spektaklem i ubieramy wiatrówki, ponieważ czeka nas dość szybki i długi (po dobrej nawierzchni) zjazd do doliny, gdzie słońce już nie dotrze tego dnia. Nie jest zimno, ale jesteśmy trochę spoceni, więc szkoda by nas niepotrzebnie przewiało. 

W kilkanaście minut pokonujemy zjazd i docieramy do miejsca rozpoczęcia wycieczki – miejscowości Paprotno. Radość na twarzach sama się rysuje, a ogrom dobrych wrażeń  sięga zenitu. Bez wątpienia to była najlepsza trasa tego wyjazdu!

Przy aucie gotujemy jeszcze na szybko obiad (fasolka po bretońsku wchodzi jak złoto) i po spakowaniu rowerów, jedziemy na kamping. Zależało mi, by dotrzeć na miejsce “za dnia”, lecz niestety wypadek na trasie przejazdu zmusza nas do objazdu, ale za to poznajemy kolejne potencjalne cele na szosowe wycieczki rowerowe.

Na kamping docieramy przed 22, lecz wiedziałem, że prowadzony jest on przez mieszkających przy nim właścicieli, więc nie będzie problemu z meldunkiem. Miejsce odwiedzamy pierwszy raz, ale już wiemy też, że nie ostatni.

Camp Dolina we wsi Prebold jest niewielkim obiektem prowadzonym przez wspaniałych, pełnych serdeczności, gospodarzach. I posiada basen – niewielki, ale po całym dniu na rowerze, kąpiel w nim to czysta przyjemność 🙂  . My oczywiście kamping szczerze polecamy, a więcej zdjęć i opinii o nim znajdziecie w Internecie. 

Dzień #4 – Preval Vrhe, Čemšenik

Kolejną wycieczkę na Słowenii rozpoczynamy i kończymy na wcześniej wspomnianym kampingu. Trasę zaplanowałem już krótszą i nieco łatwiejszą, by mieć okazję rano się wyspać, a wieczorem jeszcze przejechać na drugi kamp. 60 kilometrów i nieco ponad 1000 metrów przewyższeń to w skrócie statystyki tego dnia. Składają się na nie 2 podjazdy: pierwszy klasyczny – wjazd na przełęcz Preval Vrhe. Drugi to z kolei sukcesywne zdobywanie wysokości (dość strome), by ponownie przejechać się przez opadający trawers po widokowych zboczach.

Śmiało drugą cześć przejazdu mogę porównać do beskidzkiej Trójwsi (Istebna, Koniaków, Jaworzynka) – kto był, ten wie, że to raj dla szosowców. Tylko, że to w Słowenii to wyżej, więcej i ogólnie ładniej :). Wsie KotredežČemšenik czy Brezje z pewnością zaspokoją najbardziej wysublimowane gusta szosowych wyjadaczy :).

Końcowe 20 kilometrów to klasyczna dojazdówka, która w naszym przypadku była bardzo przyjemnym, delikatnym zjazdem, w dodatku z wiatrem. Dzięki temu wyjątkowo szybko i sprawnie udało nam się przejechać całą trasę, nie męcząc się nadto. Co prawda upał mocno dał nam się we znaki, ale po drodze były miejsca, gdzie można było uzupełnić wodę i coś zjeść.

Tego dnia przejeżdżamy jeszcze do Mariboru, na kamping Kekec, który odwiedziliśmy już kilka lat temu (i mamy o nim wciąż jak najlepsze zdanie – śmiało polecamy za całokształt obiektu). Zależało nam na noclegu blisko granicy, ponieważ następnego dnia, po wycieczce rowerowej, chcieliśmy już wracać do kraju, a z Mariboru do Żywca to niewiele ponad 600 km wygodnej jazdy autem, więc tego samego dnia mogliśmy być już w domu.

Dzień #5 – Vinogradništvo / Maribor

Trasa piątego dnia zaplanowała Ola. Bardzo chciała odwiedzić krajobraz usiany winnicami, a pogranicze słoweńsko-austriackie idealnie wpisuje się w te wymagania. A gdy dodamy do tego kilka naprawdę solidnych podjazdów, można poczuć się w 100% spełnionym.

Wyjazd (jak i powrót) z Mariboru, jak na tak duże miasto, nie należał do problemu, ponieważ całość wiodła po ścieżce rowerowej. Co prawda wydzielonej z pasa chodnika, ale zawsze to bezpieczniejsze niż jazda przy samochodach. Przejazdy przez skrzyżowania czy ronda ogólnie wypadały korzystnie, a kultura kierowców (w większości) względem rowerzystów, w Słowenii jest na wysokim poziomie (przyp. Ola – przynajmniej według Szymona, bo ja mam dokładnie przeciwne zdanie 😉 ).

Po opuszczeniu miasta, gdzie tego dnia temperatura już rano wskazywała blisko 30 stopni Celsjusza, szybko wjechaliśmy w wyjątkowo cichą i wąską dolinę, a przede wszystkim zacienioną, z płynącym wzdłuż drogi potokiem. Idealnie nas to orzeźwiało i przyjemnie zdobywaliśmy kolejne metry wysokości.

Gdy dotarliśmy pod granicę z Austrią, zaczęły się pojawiać liczne winnice, które malowniczo rozłożyły się na stromych zboczach. Pośród nich pięknie wiły się wąskie dróżki, którymi bardzo przyjemnie było poruszać się na rowerze.

Będąc po austriackiej stronie tego regionu, mieliśmy okazję przejechać też krótki fragment winnego szlaku, który również i tam wygląda bardzo malowniczo. W tych okolicach dobrze sprawdziłby się gravel/trekking, bo najbardziej malowniczymi grzbietami wiodą szutrowe drogi.

 

Wydawać by się mogło, że 5 dni to niewiele na spędzeniu urlopu gdzieś za granicą. My jednak wyszliśmy z innego założenia: przede wszystkim doskonale przygotowaliśmy sobie trasy i jak miejsca noclegowe, nie zapominając oczywiście o sprawdzeniu prognoz pogody (był to pierwszy nasz wyjazd, podczas którego nie doświadczyliśmy ŻADNEJ burzy, choć temperatury każdego dnia przekraczały 30 stopni Celsjusza). Chcieliśmy przez pierwsze dni maksymalnie dużo zobaczyć, oczywiście nowych miejsc, ale jednocześnie dając sobie możliwość skrócenia/modyfikacji trasy (byliśmy nawet przygotowani na “restowy” dzień pieszy), a kolejne miały być dopełnieniem wyjazdu. Jak się okazało – udało się nam zrealizować plan wyjazdowy, obyło się bez przykrych niespodzianek, a przyjazne tempo i przede wszystkim ogrom estetycznych wrażeń mocno nas dopingował do przejazdu kolejnych kilometrów.

Czy wrócimy jeszcze do Słowenii? Pewnie! Kolejne trasy już nam się klarują w głowie – możliwości jest tu doprawy mnóstwo. O ich atrakcyjność nie musimy się martwić, ponieważ Słowenia jest niewielkim krajem pełnym wspaniałych krajobrazów :).

 

Inne rowerowe wyjazdy do:
– Słowenii:
      » Słoweńska majówka #1
      » Słoweńska majówka #2
– Włoch:
      » Z głową w chmurach czyli wakacje w Dolomitach
      » Szosowe wakacje w Dolomitach

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *