Dolomity już od kilku lat są celem naszych letnich wakacji. W tym roku wyjątkowo przenieśliśmy urlop na koniec sierpnia, by nie tylko w czerwcu i lipcu, jak do tej pory było, móc podziwiać te piękne góry i zobaczyć je w nieco innej odsłonie.

Korzystając z dziesięciu wolnych dni, udało nam się  wyjątkowo (choć wymagało to od nas sporo samozaparcia i silnej woli) dobrze wkomponować w zastaną pogodę. A ta w sierpniu, choć niepozbawiona słońca, była wyjątkowo chłodna, z temperaturami bliżej przypominającymi jesień, aniżeli ciepłe lato. Lecz po kolei.

Dzień #1 (71 km / 2530 up): Passo di Pennes & Passo Giovo

Po nocnej podróży udaje nam się kilka godzin zdrzemnąć na Przełęczy Brennero. Poranek wita nas rześkim powietrzem, ale śniadanie i kawę jemy i pijemy wygrzewając się na słonecznej polance. Dzięki temu szybciej odzyskujemy dobry nastrój, a myśl o niskiej temperaturze odchodzi w zapomnienie… na jakiś czas ;).

Pierwszą wycieczkę rozpoczynamy w Vipiteno – bardzo urokliwej miejscowości, którą na koniec dnia postanawiamy jeszcze zwiedzić – zdecydowanie polecamy spędzenie w niej co najmniej kilku chwili więcej!

Tego dnia w planie mamy zdobycie dwóch przełęczy: Passo Pennes i Passo Giovo. Obie z całkiem sporym – kilkunastokilometrowym podjazdem i obie położone powyżej 2 tys. m n.p.m. Jako pierwszą wjeżdżamy Pennes: jest nieco krótsza, ale podjazd bardziej wymagający (średnio 9-11%). Niemal od razu dostajemy mocny strzał w górę, i w zasadzie mało jest fragmentów, gdzie można nieco odsapnąć.

Po niespełna godzinie od wyruszenia pomiędzy drzewami zaczynają się pojawiać coraz rozleglejsze widoki. Szczególnie wyjątkowy jest kontrast pomiędzy soczyście zieloną doliną a piętrzącymi się kilkaset metrów wyżej skalnymi graniami.

Passo Pennes zdobywamy w niecałe dwie godziny, co jak na pierwszy, i od razu wymagający podjazd, uznajemy za dobry wynik. Szczególnie, że po drodze nie sposób było oprzeć się robieniu zdjęć i ogólnie podziwianiu widoków. A te są doprawdy zjawiskowe! Przełęcz zgodnie oceniliśmy na jedną z najpiękniejszych w Dolomitach. Trochę surowe otoczenie, niewielki ruch i bezkres otaczających nas gór, ze znikomą infrastrukturą – przepiękne miejsce!

Miejsce było piękne, ale nie mogliśmy za długo tam pozostać, ponieważ choć było słonecznie, to wiatr i wysokość mocno wpłynęły na odczuwalną temperaturę, która wynosiła ok. 5°C. Stąd też po chwili odpoczynku, nasyceniu się widokami, ubraliśmy cieplejsze ubrania i z powrotem zjechaliśmy drogą podjazdu, celem zdobycia kolejnej przełęczy – Passo Giovo.

Drugi podjazd był nieznacznie dłuższy, i nieco łagodniejszy (średnio 8%). Stąd też przyjemniej się podjeżdżało (choć chropowaty asfalt nieco spowalniał). Przełęcz i widoki z niej były już nam znane z ubiegłego roku, ale wtedy zdobyliśmy ją autem, w drodze na Passo del Rombo. Mimo to chciałem na nią wjechać rowerem, ponieważ podjazd i wrażenia szczególnie w końcówce, są zdecydowanie warte ponownych odwiedzin.

Na przełęczy wiał już znacznie chłodniejszy wiatr, więc i temperatura odczuwalna była niska. Chwilkę odpoczęliśmy, zrobiliśmy kilka zdjęć i zaczęliśmy zjazd. Zbliżające się ku zachodowi słońce wzmocniło nam już i tak wyjątkowe wrażenie wizualne, jakie mieliśmy podczas podjazdu, stąd też kilka razy dosłownie musieliśmy się zatrzymać, by ponapawać się tymi widokami.

 

Dzień #2 (107km / 3000 up): Passo Gardena & Passo Erbe

Ola:
Drugi dzień wyjazdu zaczęliśmy z przytupem. Po zaparkowaniu samochodu w Gudon od razu zaczęliśmy 4-kilometrowy podjazd ze średnią 11%. Droga wiodła wąską drogą o małym natężeniu ruchu, a towarzyszące nam widoki zdecydowanie poprawiały morale. Po zdobyciu wysokości ok. 1100m n.p.m., podjazd zmienił się w trawers i można było nieco odpocząć. Część przejazdu prowadziła lasem po zacienionym zboczu, więc nie obyło się bez wiatrówek, ale później było już tylko lepiej. Z poprzednich wyjazdów wiemy już, że takie odcinki są wyjątkowo piękne, zwłaszcza jeśli prowadzą przez małe wioski i miasteczka oraz rozległe łąki. Tak było i tym razem! Szczególnie majestatycznie prezentowały się strzeliste wierzchołki Sassolungo.

Po krótkim zjeździe do Pontives pozwoliliśmy sobie na odpoczynek na stacji benzynowej. Przed nami był długi podjazd na Passo Gardena – ponad 1000m wysokości do zdobycia. To wymagało wsparcia solidną dawką cukrów prostych i kofeiny ;).  Na tym odcinku niestety panował zdecydowanie większy ruch na drodze, ale z tym należy się liczyć odwiedzając znane miejsca. A Passo Gardena, wchodzące w skład kultowej pętli Sella Ronda, do takich niewątpliwie należy. Najpiękniejsza część podjazdu zaczyna się od Plan de Gralba, gdzie można pojechać  w drugą stronę pętli, na Passo Sella. Długo jedziemy wzdłuż okazałego muru szczytów Piz Gralba, Piz Grebuz i innych. Również Sassolungo z tej perspektywy prezentuje się majestatycznie – podziwiam go pasąc się wśród kwitnących zimowitów. Te podobne do krokusów kwiaty niechybnie zwiastują koniec lata i konieczność sprawdzenia stanu nart przed sezonem zimowym ;).

Zgodnie uznajemy z Szymonem Passo Gardena za najpiękniejszą przełęcz Sella Rondy. Niestety, mimo słonecznej aury temperatura ponownie nie zachęca do dłuższego popasu. Zakładamy zatem “pełen zestaw”, czyli rękawki, nogawki, wiatrówki i tym podobne jesienne akcesoria i zjeżdżamy przez Colfosco i Corvarę do Badii, gdzie zatrzymujemy się na zasłużoną pizzę w Residence Ariston. Pizza jest taka, jaką lubimy – cienkie, ale chrupiące ciasto, a zarazem wilgotna od dodatków. Idealna! Na przetrawienie mamy jeszcze parę kilometrów zjazdu do San Martino di Badia

Z tej miejscowości zaczynamy kolejny wymagający podjazd. Zatrzymujemy się przy malowniczo położonym zamku Castel de Tor. Okazuje się, że tuż obok czeka kolejna atrakcja – włochate osły, które okazują się być lamami :). Uwielbiam wszelkie zwierzątka, zwłaszcza futrzane, nie odpuszczam więc okazji do pogłaskania tych sympatycznych stworzeń.

Dalsza część podjazdu nie jest łatwa, tym bardziej sporą część z zaplanowanych 3 tysięcy metrów mamy już za sobą. Kropiący deszcz i zachmurzone niebo motywują nas do żwawego kręcenia korbą, jednak deszczu i małego gradu na Passo Erbe nie udaje się uniknąć. Przełęcz ta okazuje się strzałem w dziesiątkę – nie jest tak popularna, więc ruch jest o wiele mniejszy, a oferuje naprawdę wyjątkowe widoki i wspaniały przejazd wąską, asfaltową drogą – czyli to, co tygryski lubią najbardziej.

Myśleliśmy, że już wiele nas tego dnia nie zaskoczy – o, jakże się myliliśmy! Zjazd do San Pietro lekko opadającym trawersem przez wioski i hale był n i e s a m o w i t y.  Widok na otaczające nas zbocza oświetlone słońcem przenikającym zza chmur były tym, po co jeździmy po górach. Każde zmęczenie, litry wylanego potu i piekące mięśnie były warte tego, co tego dnia przeżyliśmy. Nawet deszcz na zjeździe nie popsuł nam nastroju, choć zmusił oczywiście do większej ostrożności na zakrętach ;). 

Aby wrócić do miejsca startu musieliśmy pokonać jeszcze jeden niewielki podjazd. Od razu po przyjeździe z apetytem spałaszowaliśmy obiad i udaliśmy się do Daiano, na miejsce kolejnego noclegu.

 

 

Dzień #3 (56 km / 1950 up): Passo di Lavazé, Passo Occlini, Passo Pampeago

Po dwóch dość wymagających rowerowo dniach, chcemy jeszcze wykorzystać dzień dobrej pogody (na kolejny zapowiadany był niewielki opad, który w górach mógł się przerodzić w większe załamanie), i postanawiamy zdobyć kolejne kilka przełęczy, które dość przyjaźnie ułożyły się w krótką pętlę.

Krótko, nie znaczy łatwo, o czym Ola już zdążyła się nieraz przekonać (zresztą kto mnie zna, wie, że ciekawych miejsc i podjazdów szosowych nie lubię zostawiać “na później” 😉 ).

Startujemy  z Daiano, skąd przyjemnie zjeżdżamy do Cavalese i dalej jedziemy wygodną drogą. Z Tesero zaczynamy właściwy podjazd na Passo di Lavazé, po drodze zdobywając niewielkie Passo Pramadiccio. Mijane znaki o 18% nachyleniu były trochę na wyrost, ale ostatnie kilometry na przełęcz w rzeczy samej nie schodziły poniżej dwucyfrowej wartości.

Passo di Lavazé jest nie tylko ciekawą przełęczą z perspektywy rowerowej, ale znajduje się na płaskowyżu, gdzie poprowadzone są trasy do narciarstwa biegowego (a latem do nartorolek – są wyasfaltowane!). Poza tym warto jeszcze podjechać z niej na nieco wyżej położoną przełęcz Passo Oclini (4km), by z szerszej perspektywy zobaczyć otaczające góry.

Ola:
Po drodze spotykamy stado pasących się krów, które szczególnie przypadły mi do gustu – charakterystyczne szare lub beżowe umaszczenie i wyjątkowo urocze mordki kuszą, by je pogłaskać. Sprawdziłam zatem organoleptycznie, że w dotyku są tak pluszowe, na jakie wyglądają :).

Ponownie ubieramy cieplejsze ubrania, ponieważ wiedzieliśmy, że zjazd na północ do Rauth – Novale jest bardzo szybki, a przy ponownie chłodnym, choć słonecznym dniu, nie chcieliśmy zbytnio się wychłodzić. Na dole ściągamy wyżej ubrane rzeczy, i niemal od razu bystro wznosimy się do Obereggen, gdzie robimy sobie przerwę na pyszną kawę i Apfelstrudel :).

Przed nami druga tego dnia “właściwa” przełęcz czyli Passo Pampeago. Z Obereggen jedzie bardzo wygodnie wąską drogą, która w zasadzie zamknięta jest dla ruchu kołowego, więc poza rowerzystami i pieszymi, mija nas niewiele aut. Dzięki temu podjazd jest tym bardziej przyjemny. Początek trzyma średnio 8-9%, ale końcówka jest dość płaska, dzięki czemu wygodnie udaje się zdobyć przełęcz.

Niestety na górze chmury nieco przysłaniają słońce, i klimat miejsca został trochę stłamszony. Mimo tego odczuwamy sporą satysfakcję ze zdobycia przełęczy jak z i faktu, że niewielu rowerzystów szosowych tu dociera.

A właśnie – jeśli planujecie powtórzyć naszą trasę, to polecamy właśnie w tym samym kierunku: zarówno podjazd na Passo Pampeago jak i Passo di Lavazé od drugich stron są dużo poważniejszymi przedsięwzięciami rowerowymi!

Zjazd z Passo Pampeago jest najszybszym pokonaniem ponad 700 metrów w pionie jaki do tej pory miałem okazję doświadczyć! Wiecie już więc, dlaczego proponuję zachować sobie ten odcinek na zjazd, a nie podjazd.

Ze Stavy ponownie zdobywamy jeszcze niewielki podjazd na Passo Pramadiccio, skąd czeka nas już bajeczny zjazd do Daiano i zasłużony odpoczynek. Pozostaje nam całkiem sporo wolnego dnia, więc robimy jeszcze niewielkie zakupy i po dojechaniu na biwak, delektujemy się… chłodnym i wietrznym wieczorem, który szybko zmusza nas do ubrania kurtek puchowych, a później wejścia do ciepłego śpiwora (puchowego) w namiocie.

 

Dzień #4: Cavalese

W nocy faktycznie następuje niewielkie załamanie pogody, w oddali przechodzi kilka niewielkich burz, ale poranek wita nas słońcem. My jednak ten dzień mamy już przeznaczony na zwiedzanie i podróż w nieco dalszy rejon kolejnych działań rowerowych.

Postanawiamy odwiedzić Cavalese, gdzie spacerujemy sobie po tym ciekawym mieście. Byłem tu kilka lat temu na nartach, tym bardziej miło wspomina się te ulice, które zupełnie inaczej prezentują się w lecie. Natomiast klimat starego miasta, pełnego klimatycznych kamieniczek i domów pozostaje wciąż niezmienny.

 

 

Dzień #5 (140 km / 2570 up): Dolomiti di Brenta / Passo Campo Carlo Magno 

Po dniu odpoczynku postanawiamy przejechać najdłuższą z zaplanowanych tras – wokół grupy Brenta. Pętla ta chodziła nam już po głowie, gdy kilka lat temu przejeżdżaliśmy znad jeziora Garda przez Madonna di Campiglio do Bormio. Niemal od razu “wytyczyliśmy” zarys trasy, a przed samym urlopem dopracowałem szczegóły.

Wiedząc, że czeka nas długa trasa, przy nie do końca pewnej pogodzie w trakcie dnia, postanowiliśmy zacząć ją dość wcześnie rano. Wiązało się to ze znacznym chłodem o poranku, dodatkowo spotęgowanym tym, że pierwsze 5 kilometrów przypadło nam na szybki zjazd. Na szczęście nie byliśmy przepoceni, więc odczuwalna temperatura była całkiem przyjazna.

Po dotarciu do doliny rzeki Noce, mieliśmy krótki odcinek “rozgrzewkowy”, by od wioski Denno sukcesywnie zdobywać powoli wysokość, aż do Cles – największego miasta w okolicy. Niemal wzdłuż całe porannej trasy towarzyszyły nam liczne sady i winnice, z których słynie ten region. Nie mieliśmy do tej pory okazji pokonywać tras w tego typu okolicznościach krajobrazu, stąd też bardzo nam się podobał klimat stoków porośniętych licznymi drzewkami i krzewami, które aż prosiły się, by zerwać z nich któryś z owoców.

Odcinek z Cles do Dimaro częściowo pokonujemy drogą rowerową. Jest to jednak dobre rozwiązanie dla spokojniejszej, bardziej rekreacyjnej jazdy. Na szosę owszem – także, jednakowoż ciągłe zjazdy i podjazdy niekoniecznie wpisywały się w plan naszej trasy, stąd też mimo wszystko wygodniej i sprawniej było nam jechać główną drogą.

W Dimaro robimy krótki postój regeneracyjny, licząc, że przebłyski słońca skutecznie rozchmurzą niebo. A do tej pory idealnie nad naszą trasą rozpościerała się cienka linia chmur, która skutecznie blokowało rozgrzanie dnia do bardziej akceptowalnych temperatur. Niestety miasto opuszczamy wciąż w pochmurnej scenerii.

Pierwsza część podjazdu do Folgaridy to kilka dobrze poprowadzonych serpentyn, dzięki którym osiągamy już znaczną wysokość nad doliną rzeki Noce. Po krótkim odpoczynku, wiedząc że przed nami już stosunkowo łagodny (średnio 4-6%) podjazd, nabieramy większego tempa, szczególnie że chmury nad głową nieprzyjaźnie ciemnieją. Finalnie, tuż za przełęczą Campo Carlo Magno zaczyna trochę padać. Na szczęście po drugiej stronie przełęczy, jest odczuwalnie cieplej, więc i mokra nawierzchnia szybciej wysycha. Deszcz ustaje, stąd decydujemy się na dalszy zjazd.

Madonna di Campiglio jak to w sezonie – mocno zatłoczona przez turystów, stąd też robię tylko kilka zdjęć i ruszamy w kierunku Pinzolo. Zjazd jest bardzo przyjemny, choć spektakularnych widoków niewiele – jednak nisko wiszące chmury ograniczają dostęp do najwyższych szczytów masywu Brenta – przez niektórych uważanego za najpiękniejsze pasmo Dolomitów. Nas urzekło przed kilku laty, przy pięknej pogodzie, więc zdecydowanie podzielamy tę opinię.

Mając już w nogach ponad połowę trasy, a przed sobą jeszcze kilka znacznych podjazdów, w Spiazzo robimy krótki, regeneracyjny odpoczynek. Chcieliśmy nawet zjeść coś na ciepło (by rozgrzać się po chłodzie na podjeździe i zjeździe), ale nie udało nam się trafić na sensowny lokal. Cóż, wiezione batoniki i sezamki poszły w ruch, i dodały nam trochę energii na najbliższe kilometry. Przed nami krótki płaski odcinek, po którym zamiast główną drogą, wybieramy się wyjątkowo malowniczy wznoszący się trawers przez Ragoli i Stenico. Przed tą drugą miejscowością zaskakuje nas imponujący wodospad Rio Bianco, którzy swoim ogromem, jak na miejsce gdzie płynie, robi spore wrażenie. Zresztą cała droga, która w wielu miejscach jest wykuta w skale, jest wysoce interesująca i na pewno bardziej widokowa, aniżeli ta w dolinie (przy okazji widać ciasne Lago di Ponte Pià, które imponująco otoczone jest skalistymi urwiskami).

W trakcie podjazdu do Sclemo, po prawej stronie – na południe – rozpościerają się coraz rozleglejsze widoki na otaczające Lago di Garda wzniesienia, które zazwyczaj widzi się z drugiej strony.

Przed nami pozostał ostatni podjazd pod Lago di Molveno i dalej do Andalo, skąd czekał nas już tylko zjazd do początku pętli. Odcinek ten z racji późnej już godziny a co się z tym wiąże, słońcem schowanym już nieco za górami, był częściowo w cieniu. Nie przeszkadzało to jednak cieszyć się pięknymi widokami, szczególnie na wyjątkowo ciekawie położoną nad jeziorem miejscowością Molveno.

Pętlę kończymy po 9 godzinach. Mimo nie do końca korzystnej widokowo (i temperaturowo) pogody, bardzo nam się podobało, choć spory niedosyt, głównie w okolicach przełęczy Campo Carlo Magno, pozostał. Myślę, że druga część trasy mocno nas podbudowała, ponieważ okazała się mocno atrakcyjna krajoznawczo.

Dzień #6 (64 km / 1440 up): Diga di Malga Bissina

Przenosimy się do kolejnej doliny – w okolice Bondo. Pierwotnie myśleliśmy nad dniem odpoczynku, po wczorajszej trasie, lecz słoneczne prognozy pogody i względne ciepło, przynajmniej do popołudnia, zachęciły nas do podjęcia aktywności: wyjątkowo dwóch różnych – Ola postanowiła zrobić sobie biegową wycieczkę na pobliski grzbiet, a ja wybrałem się na wcześniej zaplanowaną trasę, do zapory Diga di Malga Bissina.

Choć nie lubię ogólnie tras prowadzących tą samą trasą w górę i w dół, to czasem po prostu nie ma wyboru, by inaczej gdzieś dotrzeć i wrócić. Tak też właśnie jest z dojazdem do zapory Diga di Malga Bissina

Droga do niej wiedzie wyjątkowej urody doliną Val Daone, w której m. in. pięknie widać lodowcowy sposób jej powstania i ukształtowania. Liczne niemal wyślizgane, stromo opadające skały działają na wyobraźnię. Dodatkowo atrakcyjnie prezentują się liczne wodospady spływające z urwisk oraz kaskady na dnie doliny.

Droga do zapory ma względnie dobrą nawierzchnię i jest bardzo rzadko uczęszczana, dzięki czemu ruch samochodów jest niewielki, więc można w spokoju cieszyć się podjazdem. Z kolei na zjeździe nie trzeba przejmować się korkami spowodowanymi nieporadnymi kierowcami, dla których górskie, kręte drogi są wyzwaniem.

Dojechawszy nad zaporę, sponad jej korony można obserwować jej otoczenie, czyli głównie piętrzące się dwu- i trzytysięczniki masywu Adamello. Znajduję się tam niewielki parking jak i knajpka, gdzie można napić się wybornej kawy. Z kolei piesi turyści mogą przejść wzdłuż jeziora, w górę doliny, by bliżej “wejść” w jej serce i poczuć majestat otaczających ją szczytów.

Wycieczka jest idealną propozycję na spędzenie kilku godzin na rowerze (mnie z odpoczynkami, kawą i zdjęciami zajęła 4 godziny). Wielką zaletą, jak już wcześniej wspomniałem, jest niewielki ruch samochodowy. Ponadto po drodze mija się jeszcze dwie zapory – jedną zaraz na początku doliny, a drugą w połowie podjazdu. Obie robią spore wrażenie, choć wiadomo – też wyżej położone – większe :).

 

Dzień #6 – 1 – Bocca dell’Ussol (16,5km / 980 up):

Ola:
Oczywiście uwielbiam wycieczki rowerowe, natomiast nie dają one takiego pełnego poczucia “bycia w górach”. Po pętli poprzedniego dnia nie miałam ochoty znów marznąć, zaplanowałam sobie zatem wycieczkę biegową. Szymon podrzucił mnie kawałek samochodem na leśną drogę nad Breguzzo, skąd zaczęłam wspinaczkę na tytułową przełęcz. 

Aż do wysokości 1386m n.p.m., gdzie znajduje się Malga Gavardina (osada pasterska) prowadzi asfalt, jednak nachylenie jest tak duże, że miejscami byłam zmuszona  z truchtu przejść do marszu ;). Na szczęście od tego miejsca szlak zaczyna wić się z jednej strony doliny na drugą, co daje nieco bardziej płaskie odcinki. Szutrowa droga prowadzi do kolejnej pasterskiej chatki Malga Casinotto, gdzie zamienia się już w wąską ścieżkę. Spotykam tu jedynego człowieka tego dnia, pasterza, poza tym przyglądają mi się jedynie krowy i świstaki, które ostrzegają się charakterystycznymi odgłosami. Niestety żaden nie wyszedł mi na spotkanie.

Na przełęczy uznaję, że czas mam na tyle dobry, aby udać się jeszcze kilkadziesiąt metrów w górę w stronę Cimy Gavardina. Mam stąd zdecydowanie piękniejsze widoki, zatem uwieczniam je na zdjęciach i posilam się przed zbiegiem. O dziwo mimo długiej trasy dnia poprzedniego mięśnie mają się całkiem dobrze, nie szarżuję jednak na zbiegu – to jeszcze nie koniec obozu treningowego, dla niepoznaki zwanego urlopem wypoczynkowym ;).

Trasa w dół wiedzie dokładnie tą samą drogą; szlak co prawda nie jest dobrze oznaczony ale jego przebieg jest wręcz oczywisty. Bez problemu docieram zatem do samochodu i w oczekiwaniu na Szymona nawadniam się napojami z bąbelkami, suszę namiot i rozciągam się. Jestem bardzo zadowolona z wybranej na dziś opcji – mogłam nacieszyć się całkowitą ciszą i pustką w górach i “dotknąć” ich bardziej, niż to możliwe podczas jazdy rowerem.

Dzień #7 (50 km / 1350 up): Passo di Tremalzo

Kolejnego dnia naszej przygody we Włoszech postanawiamy zdobyć kultową miejscówkę MTB położoną w otoczeniu jeziora GardaPasso di Tremalzo. O ile możliwości dostania się na przełęcz na rowerze MTB jest kilka, o tyle szosą prowadzi tylko jedna droga (którą nota bene wjeżdża sporo osób na rowerach MTB, by później cieszyć się terenowym zjazdem w okolice Gardy). 

Startujemy z miejscowości Storo, skąd niemal od razu czeka nas podjazd w górę doliny, bardzo ciekawie poprowadzoną drogą. Pokonuje ona kolejne metry, nie bacząc na liczne urwiska czy przewężenia. Po zdobyciu Passo d’Ampola, zaczyna się zasadniczy podjazd na wyżej położoną przełęcz. Widać, że miejscówka bardziej popularna jest wśród eMTeBowców, ponieważ tych mijamy znacznie więcej, aniżeli szosowców (mniej więcej w proporcji 50:1 🙂 ).

Droga jest wyjątkowo szeroka i dobrze utrzymana – sam się temu dziwię, ponieważ prowadzi ona tylko do przełęczy, na której poza schroniskiem, niewielkim hotelikiem po drodze i kilkoma gospodarstwami pasterskimi, nie znajduję się nic więcej – nawet wyciągów nie ma. Tym niemniej miło się podjeżdża (średnio 9%), a wraz z nabieraniem wysokości, widoki stają się coraz rozleglejsze.

Po zdobyciu przełęczy podjeżdżamy jeszcze kawałek wyżej szutrową drogą, by z nieco innej perspektywy rozejrzeć się po okolicy, przy okazji wypatrując tafli jeziora Garda, które jest z tego miejsca widoczne. Na górze nie zostajemy długo, ponieważ gęstniejące chmury w oddali wróżą szybsze niż zapowiadane rano opady, stąd też po odpoczynku i sesji foto, ruszamy na dół.

Główny podjazd, czyli teraz zjazd udaje się sprawnie pokonać, natomiast na dojazdówce łapie nas deszcz i dalszy zjazd, po jakby nie było krętej drodze, staje się poważniejszym wyzwaniem. Nie przeczekujemy tego jednak nigdzie, tylko ubieramy lekkie kurtki ortalionowe, i ostatnie 8 kilometrów pokonujemy w deszczu. Nie wiedzieliśmy ile potrwa ta ulewa, więc woleliśmy być już na biwaku, pod wiatą, i tam ją przeczekać. Deszcz po pół godzinie przestał padać, ale do końca dnia pojawiło się tylko kilka przebłysków słońca, a w oddali było słychać grzmoty burzy, która głównie “urzędowała” w sąsiedniej dolinie – nad Gardą. Po deszczu ochłodziło się nieco, stąd też wieczór ponownie upłynął nam na grzaniu się ciepłą herbatą, w kurtach puchowych a później w namiocie. Niemniej ponownie udało nam się przejechać ciekawą, choć krótką wycieczkę, którą bez wątpienia polecamy.

 

Dzień #8 (79 km / 2260 up): Passo Maniva, Passo Dasdana, Sella dell’Auccia i Passo Crocedomini

Ostatnią z planowanych wycieczek rowerowych, na której bardzo mi zależało, było odwiedzenie stosunkowo mało popularnego wśród kolarzy szosowych grzbietu górskiego, ciągnącego się na zachód od jeziora Lago d’Idro, z dominującym wierzchołkiem Punta Setteventi.

Planując kolejne trasy we Włoszech, staram się szukać różnych dróg i dróżek, które położone są z dala od bardziej znanych i cenionych miejscówek kolarskich, szczególnie wśród obcokrajowców. Dzięki temu mieliśmy już okazję poznać kilka perełek szosowych, które na długo zapadły nam w pamięci, a już na pewno część z nich bardziej cenimy niż takie Stelvio czy Zoncolan (nie umniejszając nic tym miejscom).

Wycieczkę rozpoczynamy w miejscowości Darzo, skąd już po kilku kilometrach zaczynamy ambitnie pierwszą wspinaczkę, i to dosłownie, bo średnie nachylenie nie schodzi poniżej 10%. Dopiero po wjechaniu do wioski Riccomassimo zaczyna się przyjemny trawers, skąd rozpościerają się ładne widoki na niżej położoną dolinę.

Po krótkim zjeździe docieramy do miasta Bagolino, której starówka czy raczej wąskie uliczki, stare kamienice i ukwiecone okna i balkony mieszkań, niesamowicie nas urzekły! Doprawdy jeśli chcecie zakosztować piękna tradycyjnej, włoskiej zabudowy, nieskażonej turystyką, a przepełnioną autentycznością – zdecydowanie musicie odwiedzić tę miejscowość. Pewnie takich miejsc jest i więcej, ale ich nie znamy (tj. znamy też kilka innych, ale akurat ta znajduje się na naszej trasie 😉 ). Szkoda tylko, że nowsze obrzeża miasta są nieco zaniedbane, szczególnie pod względem nawierzchni na drodze.

Wyjechawszy z miasta, docieramy do ronda, skąd rozpoczynamy zasadniczy podjazd na pierwszą tego dnia przełęcz – Passo del Maniva. Nawierzchnia nie jest idealna, więc cieszę się, że pomimo większego nachylenia, wybraliśmy ten kierunek, ponieważ zjazd nie byłby przyjemny. Za to podjazd, ponownie ze średnią nachylenia ok. 9-10%, prowadzący przez wiele serpentyn, idzie całkiem sprawnie. A gdy dodać do tego coraz ciekawsze widoki, gdy przełamujemy barierę 1300 m. n.p.m., to siły jakby nowe w nas wstępują.

Gdy osiągamy przełęcz, zaczyna mocniej wiać, a interesujący nas grzbiet zostaje zasłonięty chmurami. I do końca nie wiemy co z tego może się rozwinąć, choć prognozy pogody na ten zapowiadały piękny i słoneczny dzień, bez żadnych opadów. Decydujemy się więc jechać dalej, ku kolejnej, najwyżej położonej tego dnia przełęczy – Giogo della Bala (2129 m. n.p.m.). 

W trakcie podjazdu naszym oczom ukazują się coraz bardziej spektakularne krajobrazy, których w żaden sposób nie bylibyśmy sobie w stanie wyobrazić. Sukcesywnie wznosząc się, osiągamy nawet poziom chmur, które na nasze szczęście, przeniosły się na sąsiedni grzbiet, a później nawet ustąpiły całkowicie. Dzięki temu mieliśmy okazję doświadczyć wspaniałego spektaklu! Dodatkowo, pomimo sporej wysokości, było (pierwszy raz na tym wyjeździe!) względnie ciepło, tj. nie wiało, a słońce skutecznie ogrzewało nas na krótkich postojach.

W międzyczasie na jednym z mijanych szczytów dostrzegliśmy szereg anten radiowych, bardzo pokaźnych rozmiarów. Jak się okazało, są one ustawione na szczycie Dosso dei Galli, i należą do nieczynnej już bazy NATO (był to kompleks usług łączności radiowej w środku zimnej wojny). Pewnie dlatego też została tam doprowadzona tak dobra droga ;).

Za przełęczą czekało nas prawie 6 kilometrów szutrowej nawierzchni (o której wiedzieliśmy, planując wcześniej trasę). Większość tej części trasy można bezboleśnie pokonać rowerem szosowym. Jedynie ostatni kilometr, tuż przed przełęczą Passo di Crocedomini, ze względu na większe nachylenie i gorsze podłoże, jest bardziej wymagający (stąd też polecam obrany przez nas kierunek przejazdu, czyli w dół).

Po drodze na przełęcz mijamy jeszcze niewielką osadę pasterską, kilka jeziorek i przede wszystkim cudnej urody widoki na bliżej i dalej położone szczyty i grzbiety Dolomitów. Doprawdy wyjątkowej urody to trasa! Śmiało porównujemy ją z ubiegłorocznym przejazdem Panoramica delle Vette.

Z przełęczy Passo di Crocedomini czeka nas jeszcze niewielki podjazd na Goletto di Cadino, wygodną, choć wąską ale zarazem urokliwą drogą. Tam ubieramy wiatrówki, ponieważ czeka nas dłuuuugi zjazd. I to ponownie w niebywale pięknych okolicznościach przyrody. Tak pięknych, że nie jesteśmy w stanie wokół nich przejechać obojętnie i co chwila się zatrzymujemy, i wpatrujemy się w wyjątkowej urody dolinę i jej otoczenie, wraz z piętrzącymi się ponad nią poszarpanymi szczytami.

Docieramy ponownie do ronda w Bagolino, gdzie kierujemy się już inną drogą, omijającą urokliwe centrum miasta i główną drogą docieramy nad jezioro Lago d’Idro, wzdłuż którego zjeżdżamy do Ponte Caffaro i dalej do Darzo. Tym samym kończymy najbardziej zjawiskową pętlę szosową tego wyjazdu, którą zdecydowanie plasujemy w czołówce najpiękniejszych tras rowerowych, jakie mieliśmy do tej pory okazję przejechać.

 

Dzień #9 (75 km / 1760 up): Passo Mendola & Passo Palade

Ostatni dzień naszego pobytu we Włoszech ponownie spędzamy oddzielnie. Dzień wcześniej dojechaliśmy w okolice Bolzano, by już być bliżej drogi powrotnej. Ola chciała odwiedzić to miasto, więc wybrała się do niego na krótką, rowerowo-pieszą wycieczkę. Ja z kolei, korzystając z bliskość dwóch ciekawie wyglądających, choć niewysokich przełęczy, wybrałem kolejną wycieczkę rowerową.

Moim celem były dwie przełęcze: Passo MendolaPasso Palade. Pod względem popularności i dostępności śmiało można je porównać do beskidzkiego Przegibka czy Kocierza. Tylko wiadomo, tak bardziej: wyżej, dłużej i ładniej :).

Pierwszą przełęcz mieliśmy okazję wjeżdżać samochodem, więc wiedziałem co mnie czeka. A jako, że budowa drogi na nią wiodącą była niemałym wyzwaniem inżynieryjnym, szczególnie w drugiej części podjazdu, bez dwóch zdań była bardzo atrakcyjnym celem samym w sobie.

Z kolei wjazd na drugą przełęcz – Passo Palade – był najłatwiejszym wjazdem tego wyjazdu: na odcinku nieco ponad 10 kilometrów było do pokonania “zaledwie” 500 metrów w górę. Stąd też w połączeniu z bardzo szybkim zjazdem z góry, cała pętla zajęła mi tylko 4 godziny :).

Trochę obawiałem się tej trasy: raz, że ruch drogowy może mi skutecznie uprzykrzyć przejazd (co finalnie nie było tak złe) oraz fakt, że był to piąty dzień z rzędu jazdy na rowerze, gdzie wcześniejsze dni wcale lekkimi nie były. Jak się okazało, byłem już dobrze “rozkręcony”, dzięki czemu udało mi się wyjątkowo sprawnie przejechać całą trasę. Sam byłem tym zaskoczony, że zmieściłem się w założonym (trochę na wyrost) limicie czasowym. Odpuściłem sobie co prawda dłuższe odpoczynki, zdjęć niewiele robiłem, bo było tak… zwyczajnie, jak na Dolomity, więc pewnie i to pomogło przyspieszyć cały przejazd.

Po dotarciu na parking mieliśmy dzięki temu jeszcze sporo czasu na ogarnięcie siebie i bagaży do wyjazdu. Po drodze, na Przełęczy Brennero zrobiliśmy ostatnie, pamiątkowe zakupy i w towarzystwie nisko już kładących się promieni słonecznych, opuściliśmy Włochy.

W drodze powrotnej, by dać odpocząć kierowcy (czyli mnie), odwiedziliśmy jeszcze Wiedeń. Przespaliśmy się na jednym z lokalnych campingów, skąd zrobiliśmy sobie niedługą rowerową przejażdżkę do centrum miasta. Oczywiście nie mogliśmy sobie odpuścić wizyty w jednej z lokalnych cukierni (polecamy kawiarnię Aida), gdzie z wielkim smakiem skosztowaliśmy wiedeńską kawę wraz z tortem Sachera i orzechowym.

Podsumowanie 🙂

Trafiliśmy na jeden z chłodniejszych sierpniów, jakie mogły wystąpić we Włoszech. Mimo względnie słonecznej aury, odczuwalna temperatura, głównie za zasługą wiatru i zdobywanej wysokości, była nieco poniżej oczekiwanego komfortu. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak zmarzłem na rowerze! Nawet jazda w zimie na MTB mnie tak nie wychładzała (choć to zapewne kwestia prędkości poruszania się). Mimo tego cieszę się bardzo z tego wyjazdu, szczególnie że  udało się poznać w większości nowe trasy, zwiedzić ciekawe miejsca i po raz kolejny przekonać się, jak piękne i wyjątkowe są Dolomity.

Cieszę się, że wraz z Olą bezpiecznie przejechaliśmy zaplanowane trasy i w zdrowiu udało nam się wrócić do kraju. Idea biwaków pod namiotem po raz kolejny się sprawdziła, szczególnie że trafiliśmy na szczyt sezonu urlopowego u Włochów, więc wiele kwater czy kampingów była już dawno zajęta. Dzięki temu mogliśmy względnie dowolnie realizować nasze cele rowerowe, nie będąc uzależnionym od jednego rejonu.

Kolejna szosowa przygoda już zasiała w naszej głowie ziarno. Kilka wciąż niezrealizowanych tras na nas czeka, choć to wydaje się oczywiste – wszak nie sposób przejechać w ciągu kilku lat wszystkie drogi Dolomitów. Lecz warto próbować :).

 

Poglądowa mapa naszych tras przejechanych na tym wyjeździe:


Inne rowerowe wyjazdy do:
– Słowenii:
      » Słoweńska majówka #1
      » Słoweńska majówka #2
      » Słowenia – Włochy: 3:2

– Włoch:
      » Z głową w chmurach czyli wakacje w Dolomitach
      » Szosowe wakacje w Dolomitach
      » Słowenia – Włochy: 3:2
      » Dolomity na 5+

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *