Dzień wcześniej solidnie pozjeżdżałem i pochodziłem w okolicach Rysianki i Pilska (umowna „okolica” 😉 ), więc kolejny skiturowy dzień wstępnie myślałem raczej spokojnie spędzić. Wertując kilka serwisów pogodowych, szukałem miejsca, gdzie chciałbym spędzić raczej pochmurny dzień. Kilka celów zostało przedstawionych towarzyszowi i w zasadzie on miał wybrać ten ostateczny. Finalnie na koniec rozmów padła ostateczna propozycja – Babia Góra. Decyzja zapadła, ale gdy sprawdziliśmy prognozy – miny nam trochę zrzedły – zachmurzenie, z nikłymi szansami na przejaśnienia. No cóż – najwyżej coś w lesie się pojeździ, a wierzchołek nie zawsze trzeba zdobyć.

Startujemy ze słowackiej Slanej Vody, skąd żółtym szlakiem, a nieco później już trochę „obok” niego wchodzimy na Babią Górę. Na dole kilka centymetrów świeżego śniegu, na niewielkim, ale wystarczającym podkładzie. Z każdym zdobytym metrem przewyższenia, śniegu przybywa i to całkiem sporo. Regiel górny to już w ogóle bardzo przyzwoita pokrywa śniegu!

Szczyt wita nas lekkim wiatrem i delikatnie przebijającym się słońcem. Widoków brak, choć cień nadziei jest. Czekamy chwilę skryci za murkiem, w międzyczasie coś jemy i przebieramy się do zjazdu. Zachmurzenie nie puściło, więc trochę bez konkretnych punktów odniesienia, robimy zjazd. Początek ze względu na średnią widoczność – dość trudny, choć śnieg nie najgorszy. Gdy zjechaliśmy już poniżej gęstych chmur, od razu warunki się poprawiły :).

Podczas drugiego podejścia, tarcza słońca nieśmiało zaczęła przebijać się spośród chmur. Ponownie rozbudziło to nasze nadzieje. I tym razem z powodzeniem :). Po kilkunastu minutach chmury zaczęły ustępować i wyszliśmy ponad ich pułap. Piękne morze ponad nami – wspaniała nagroda!

Kolejny zjazd, przy pełnej widoczności od samej góry, był wyśmienity w całej ciągłości. Jedynym mankamentem napotkanym na linii zjazdu, były ślady skuterów, które chwilę przed nami okupowały południowe zbocza Babiej Góry, tworząc w wielu miejscach totalny pogrom pokrywy śnieżnej – istny armagedon!

Trzeciego podejścia miało nie być, ale udało mi się namówić kolegę (co trudne nie było, zważywszy że warunki śniegowe były tego warte 🙂 ). Gdy podchodziliśmy na grzbiet, góra ponownie zasłoniła się chmurami i zaczął wiać mocniejszy wiatr. Nie wychodząc już na wierzchołek, poniżej niego przebraliśmy się do zjazdu. Szybko udało nam się wyjechać z zachmurzonych zboczy Babiej Góry i poniżej nich ponownie w wybornym śniegu zjechaliśmy do Slanej Vody.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *