W tym roku wyjątkowo późno wybrałem się na klasyczną pętlę, jaką jest przejazd grzbietami ponad Wisłą i Ustroniem. Od kilku lat co roku staram się przejechać zasadniczą część trasy, czyli od Czantorii Wielkiej do Orłowej. Poszczególne przejazdy modyfikuję różnymi wjazdami na pierwszy ze szczytów oraz różnym zakończeniem zjazdowym z drugiego z wymienionych.

Tym razem wyjątkowo chciałem przyjemnie wjechać na Czantorię, zatem wybrałem podjazd od czeskiej strony, głównie czerwonym szlakiem, ale wspomogłem się ichniejszym rowerowym (częściowo jeszcze nim nie jechałem, więc chciałem go poznać). I poznałem, aż zanadto ;). Myślałem, że jakoś łagodniej będzie prowadził, a tu miejscami dość bystro zdobywał kolejne metry wysokości. Podłoże owszem, dość przyjazne, lecz całość idealnie wpisuje się w zawody uphill-owe :). Mnie dziś ten pierwszy podjazd jakoś wyjątkowo „nie wszedł” i nawet biłem się z myślami, czy aby na pewno jest sens dalej jechać. Odezwała się jednak dusza krakowskiego centusia, no bo skoro już wydałem te 22 zł na bilet kolejowy (i drugie tyle na powrót), to niech chociaż dzień jakoś się zwróci ;).

Poniedziałki w górach to dobre dni – cisza i spokój. Na Czantorii pierwszy raz nie spotkałem nikogo! Nawet schronisko było zamknięte (nad czym najbardziej ubolewałem, gdyż nie mogłem napić się mojej ulubionej Kofoli).

Przejazd ogólnie realizowałem w najlepszym z możliwych kierunków, ponieważ niemal całość trasy dało się wjechać i zjechać (a te warunki dzielą dla mnie trasy na te lepsze i te rzadziej uczęszczane). Idealnie cały czerwony szlak aż po Przełęcz Kubalonka jest wjeżdżalny, co na tak długim odcinku rzadko się zdarza. Aha, podjazd na Stożek „nieco” oszukuję, ponieważ tuż przed ścianką uciekam stokówką na północ i wjeżdżam drugim szlakiem (ale wciąż wjeżdżam 😉 ).

Odcinek między Stożkiem a Przełęczą Łączecko jest przyjemną zabawą między kamieniami – ideał do ćwiczenia równowagi i techniki przejazdu. Dalsza część grzbietu w sumie też nie gorsza, szczególnie że bardziej widokowa :).

Kubalonkę opuszczam zielonym, a później czarnym szlakiem, który serdecznie polecam, bo chyba jest trochę zapomniany. Fajny singiel, a potem zjazd, który przy tej ilości liści dodatkowo przysparza emocji ;).

W Wiśle uzupełniam płyny, dojadam drobne zapasy i ponownie wbijam się na grzbiet, najpierw drogą (ul. Gościejów) a potem zielonym szlakiem. I tu kilka ważnych słów. Do tej pory Smerekowiec zdobywałem bezszlakowym wariantem, który rozpoczynał się nieco poniżej górnej stacji wyciągu (przy zielonym szlaku), polecam przejrzeć choćby wcześniejsze przejazdy (link 1, link 2), by zobaczyć w czym rzecz. Teraz zachciało mi się prawilnie całość pokonać zielonym szlakiem. I to trochę dało mi w kość, głównie przez 2 fragmenty, których nijak nie da się wjechać (stromo + luźne kamienie). Liczyłem, że nachylenie będzie mniejsze, a szlak bardziej przyjazny. Niestety. Pierwsza trudność pojawiła się na krótkim zygzaku, a druga to prosta linia w górę, kilkaset metrów dalej, po „wypoczynkowym” fragmencie trawersu. Never ever.

Po dojściu/dojechaniu do trawersu Smerekowca odetchnąłem, bo przede mną już znajomy szlak, i co ważne – ponownie w całości do wjazdu czy zjazdu.

Przy Telesforówce, wiedząc że i tak nie zdążę na wcześniejszy pociąg (bo i po co – lepiej ten czas w górach spędzić), robię nieco dłuższy postój, wygrzewając się w promieniach jesiennego słońca. Stąd czekał mnie świetny, niewymagający zjazd pod samą Świniorkę.

Podjazd pod Orłową wymagał już trochę więcej ekwilibrystyki, ponieważ ukryte pod liśćmi kamienie niejednokrotnie chciały zrzucić z roweru. Choć za kilka (-naście) dni może już być znacznie trudniej. Zresztą podjazd z Przełęczy Beskidek wcale nie był lepszy – nawiane liście w korytach szlaku mocno dawały się we znaki. Dopiero pod Równicą, gdzie wiatr uwolnił szlak od nich, było znacznie lepiej.

Z Równicy robię zjazd nowym wariantem, początkowo żółtym szlakiem na północ (szlakiem tym do tej pory tylko wjeżdżałem), by potem bezszlakowo zjechać przez Lipowski Groń do Ustronia. I tak, jeśli nie czujecie się już na siłach, lepiej grzecznie dojechać żółty szlak na dół, ewentualnie z Równicy czy przed nią zjechać innym wariantem. Dlaczego? Otóż już sam podjazd pod Lipowski Groń jest bardzo wymagający – ściana! (brakło mi 1 s do KOM-a :/ ), a później zjazd z niego to już wolna amerykanka wariantami leśnych dróżek, również miejscami mocno nachylonych. Stąd też niekoniecznie polecam, choć jeśli ktoś to lubi – to jak najbardziej. I dwa: na sam koniec pobawiłem się w eksploracje lokalnych lasów, zachęcony zaznaczonymi na mapach ścieżkami. Polecam, ale z głową. Jak się ścieżka kończy, to znaczy, że się kończy – nie ma co brnąć dalej, bo można natknąć się na głęboki jar czy inne zło. Także mój track jeśli już chcecie, najlepiej wykorzystać do Równicy, a potem według własnych preferencji :).

 

Garść statystyk:
Długość: 66 km
Przewyższenie: 2450 m
Trudność: 4/5

2 komentarze do wpisu: “Wisła grzbietami objechana

  1. Trasa klasyk jedynie ten zjazd z Czantorii zawsze przysparza mi w końcówce problemów . Generalnie fajna strona i duży plus za opis wycieczek Skiturowych szczególnie za opisany masyw Romanki który ma niesowity potencjał a został tu wielokrotnie opisany

    1. @Paweł
      Czerwony z Czantorii, w dolnym odcinku niestety z roku na rok jest coraz gorszy. Chyba tylko raz udało mi się całość pokonać. Teraz już progi, duże, luźne kamienie… nic przyjemnego. Bezpieczniej po prostu zejść te kilka metrów. Za to pozostała część trasy mocno na plus. Zdecydowanie polecam tę rundkę na ciepły, widokowy dzień 🙂

      Dzięki za dobre słowa o stronie – cieszymy się, że spełnia swoje przeznaczenie :).
      Skiturowo mam nadzieję uda się wzorem wcześniejszych sezonów, dopisać coś o kilku miejscówkach, bo Beskidy oferują sporo fajnego terenu :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *