Intensywny sezon w branży turystycznej spowodował w moich planach urlopowych sporo zawirowań. Nie udało się znaleźć wcześniej niż na początku sierpnia kilku wolnych dni, które miałbym tylko dla siebie. Niestety również w międzyczasie nie było wiele czasu na luźne wyjazdy rowerowe – ot, uroki pracy pilota/przewodnika – niby cały czas w terenie, ale ze zdobywaniem kondycji/formy nie ma to wiele wspólnego. Udało się w międzyczasie coś pokręcić, czy to na szosie, czy mtb, lecz pewien niedosyt zawsze pozostawał.  Postanowiłem zatem w pierwszym tygodniu sierpnia pojechać do Włoch, by po raz kolejny zmierzyć się z tamtejszymi trasami.

Jako, że Dolomity bez wątpienia są moim ulubionym celem letnich wyjazdów na szosę, to całkiem sporo tras i miejsc udało się już odwiedzić. Stąd też coraz częściej zapuszczam się w mniej oczywiste czy znane (głównie polskim kolarzom)  tereny. Tym razem wybór padł na Alpy Karnickie, które swą budową geologiczną podobne są do sąsiadujących z nimi Dolomitów. W związku z tym ich charakter i krajobraz jest dość podobny, choć skala jednak nieco mniejsza. Natomiast wciąż jest to rejon, gdzie śmiało może być mekką szosowców, ponieważ nie brakuje tam solidnych podjazdów i pięknych oraz widokowych dróg.  Podczas tych kilku dni udało się odwiedzić właśnie kilka bardzo ciekawych przełęczy, które wg mnie niewiele (o ile w ogóle) ustępują „klasykom” w centralnej części Dolomitów. Może widoki nieco mniej spektakularne, lecz podjazdom czy zjazdom szosowym, nie ustępują w niczym.

Dzień #1 (124 km / 3350 up): Passo Del Cason di Lanza, Forcella di Luis, Passo di Monte Croce Carnico & Passo du Pramollo

Pierwszego dnia postanowiłem zmierzyć się z najdłuższą i najwyższą z zaplanowanych tras. Była to również najtrudniejsza podjazdowo wycieczka – pierwsze dwie przełęcze miały średnią w górę grubo ponad 12%.

Trasę zaplanowałem już w ubiegłym roku, podczas przejazdu jej części, ale w drugą stroną. Teraz chciałem się zmierzyć z odwrotną pętlą – dokładając dwie nowe przełęcze: Passo di Monte Croce Carnico oraz Passo du Pramollo

Passo Del Cason di Lanza – to przełęcz, która nie bierze jeńców – z obu stron podjazd bardzo wymagający. I o ile od zachodniej strony jeszcze po drodze udaje się wcześniej nieco zdobyć wysokość, to od Pontebby niemal od razu jest co robić. Druga połowa podjazdu to już w ogóle coś niesamowitego – sporo docinków 15-17%. A wszystko w dość ładnych okolicznościach przyrody – może szału nie ma, jak by na Dolomity przystało, ale jest na czym oko zawiesić. I co tu dużo pisać – warto wjechać, warto zjechać – i tyle ;). Szczególnie że nawierzchnia nie powala (szczególnie na zjeździe).

Kolejny podjazd – z Paularo na Forcella di Luis – to podobnie mocny początek – bez wątpienia ćwiczy się psychę ;). Później już jakoś leci. Zjazd do Palluzy wynagradza wcześniejsze trudy – jest szybko i płynnie :).

Kolejna przełęcz – Passo di Monte Croce Carnico – wchodzi całkiem przyjemnie – dobra nawierzchnia, ciekawe widoki i tak ogólnie dobrze się jedzie. Po drodze trochę się zachmurzyło, lecz finalnie tylko kilka kropel spadło. Przekraczam granicę, i galerią/tunelem zjeżdżam na stronę austriacką. Liczyłem na lepszy zjazd, a ten okazał się taki sobie – niby w dół, ale dokręcać trzeba było.

Po zjechaniu w dolinę, do Mauthen, lokalnymi drogami i ścieżkami rowerowymi jadę dalej do Tröpolach, skąd zaczynam ostatni podjazd tego dnia – na Passo di Pramollo. Długi, nielekki podjazd kosztuje sporo sił. Nawierzchnia przyjazna, ruch samochodowy (zapewne z powodu wieczorowej pory) – niewielki, więc teoretycznie nie jest najgorzej. Niestety tego dnia męczyło mnie zatrucie pokarmowe, i żołądek nie chciał współpracować. A dodając do tego początkowe dwa naprawdę wymagające podjazdy – ten ostatni miałem już zamiar nawet odpuścić, chcąc złapać „stopa” na przełęcz. Długo wjeżdżałem, niewspółmiernie do założeń. Niestety braki w odżywieniu dały znać o sobie, i doprawdy straszne to było. Robiąc częstsze postoje, by nie dopadły mnie dodatkowo skurcze, jakoś się udało dotrzeć na górę o własnych siłach (czy raczej woli – bo sił już dawno nie było). Szczęście na górze oczywiście od razu przyćmiło trudy wjazdu. A przełęcz Pramollo, w poświacie zachodzącego słońca, wyjątkowo wygrodziła trudy podjazdu.

Zjazd do Pontebby był już czystą przyjemnością. Generalnie na tę przełęcz zdecydowanie bardziej widokowa trasa to wiedzie właśnie z Pontebby (od strony Austrii jedzie się głównie w lesie, z widokami na drzewa 😉 ). Może i nawierzchnia trochę gorsza, ale podjazd w porządku.

Dawno już mnie tak nie sponiewierało w górach jak tego dnia. Problemy żołądkowe mocno utrudniły mi tę wycieczkę, na którą z racji dystansu i przewyższenia – potrzeba pełni sił. Tym razem udało się, m. in. dzięki perspektywie ewentualnego zewnętrznego transportu. 

A trasa ciekawa, szczególnie ze sportowego punktu widzenia – jest gdzie się zmierzyć ze swoimi słabościami ;).

 

Dzień #2: Venzone

W związku z problemami żołądkowymi, kolejny dzień postanowiłem się zregenerować i doprowadzić do porządku. Nawet popołudniowy deszcz mi sprzyjał, ponieważ nie kusiło do wyjścia na rower.

Postanowiłem trochę pozwiedzać okolice Tolmezzo, i trafiłem do ciekawego miasteczka – Venzone. Można o nim wiele pisać, choć swoim rozmiarem nie powala. Natomiast niech rekomendacją będzie fakt, że z w 2017 Venzone zostało uznane za najpiękniejsze miasteczko we Włoszech, w konkursie telewizji RAI. Wiąże się to pośrednio z jego nie tak odległą historią, ponieważ zostało niemal całkowicie odbudowane po trzęsieniu ziemi jakie miało miejsce w 1976 roku.

Wyjątkowo urokliwe uliczki, prosta, acz ciekawa architektura i klimat włoskiego spokoju, zdecydowanie wpływają na bardzo dobry odbiór tego miejsca przez turystów. Stąd i we mnie pozostawiło jak najlepsze wspomnienia. A świadomość ogromu wysiłku, jaki został poniesiony, by odbudować to miasto praktycznie od zera – także robi olbrzymie wrażenie.

Dzień #3 (69 km / 2320 up): Zoncolan i inne „zmarszczki”

Tego dnia postanawiam zaatakować jeden z najbardziej znanych klasyków kolarstwa szosowego we Włoszech – magiczny Zoncolan. Przełęcz wiele razy już gościła wiele wyścigów, w tym oczywiście Giro d’Italia. Jako że dwa lata temu wjeżdżałem już na Zoncolan, ze strony Ovaro, czyli uważanej (i słusznie!) za trudniejszy wariant dostania się na górę, to postanowiłem w tym roku odwrócić trasę.

Z Tolmezzo jadę do Sutrio, i stąd zaczynam właściwy podjazd. Do wysokości ośrodka narciarskiego, czyli ok. 1300 m. n.p.m. jedzie się względnie przyjaźnie – łagodne 8-10%. Tyle że ciągła wystawa „do słońca”, potrafi mocno dać się we znaki.

Największa trudność pojawia się wyżej, gdzie do pokonania zostaje niespełna 3 kilometry i 400m podjazdu, co daje średnią 13%, z momentami 15-17%. na samej końcówce (a zaraz na początku kilka zakrętów także zmusza do „stanięcia na korbie”).

Wysiłek za wjazd na Zoncolan jest w pełni wynagrodzony; gdy z przełęczy rozejrzy się w około – widoki wprost zniewalają. A satysfakcja ze zdobycia potęguję odczucia :).

Teraz już wiem, że pomimo tego, iż znacznie trudniej jest wjechać z Ovaro niż Sutrio, to zdecydowanie polecam ten kierunek (chyba, że ktoś chce wjechać i zjechać tą samą trasą), ponieważ strona zachodnia Zoncolanu jest o niebo ładniejsza i atrakcyjniejsza. Za to zjazd do Sutrio jest w większości dość wygodny i przyjemny. Z kolei jak się przekonałem (co zresztą sobie wcześniej wyobrażałem), zjazd w kierunku Ovaro jest w sporej części niewygodny: stromy, bardzo szybki, kręty i wąski. Stąd też nie polecam zjazdu tędy .

Po dotarciu ponownie w dolinę, kieruję się na południe, gdzie przez kilka kilometrów jadę główną drogą, aż do odbicia w lewo, w górę, do miejscowości Trava / Avagilo. Pomysł na powrót wjazd wpadł mi do głowy, gdy szukałem alternatywy powrotu do Tolmezzo. I znalazłem całkiem niezłą perełkę. Wybrana trasa poza tym, że bardzo rzadko uczęszczana przez auta (jak i rowery), to prowadzi bardzo ciekawymi i malowniczymi drogami.  Na trasie jest kilka solidnych podjazdów, które co chwila wznoszą mnie coraz to wyżej. Myślę, że nawet najbardziej wybredni kolarze będą zadowoleni – pod każdym względem :). Całość kończy dłuuuugi zjazd do Tolmezzo, który jest nagrodą na koniec trasy.

 

Dzień #4 (98 km / 2320 up): Passo Rest & Sella Chianzutan

Pozytywnie zaskoczony dzień wcześniej odkryciem nowych tras nad Tolmezzo, kolejną wycieczkę zaplanowałem chcąc przejechać pętlę zahaczającą o dwie stosunkowo niewysokie przełęcze (+ / – 1000 m. n.p.m.). Lecz jak się startuje nisko, to i na te przełęcze mimo wszystko jest nieco w górę ;).

Pierwszą na trasie jest Passo Rest (1052 m. n.p.m.). Doskonałe. Z obu stron. Droga dojazdowa dość oczywista, trochę głównej, bardziej ruchliwej, ale po odbiciu w lewo w Mediis na prolog podjazdowy czyli Forcella di Priuso, od razu jest spokojniej. Po pokonaniu tego podjazdu, zjeżdża się w urokliwą dolinę Tagliamento, ze sztucznym jeziorem spiętrzonym przez wybudowaną zaporę. Przejechawszy most zaczyna się właściwy podjazd. Generalnie – idealnie: nowy asfalt, dobrze wyprofilowane zakręty i nachylenie oraz cień drzew zapewnia wygodną jazdę. Może widokowo słabo, ale coś czasem się pojawia. Przełęcz też nie oferuje spektakularnych krajobrazów, ale jak się tylko zacznie zjazd… jest cudownie! Mnóstwo serpentyn, doskonała nawierzchnia, widoki na piętrzące się na lewo i prawo skalne ściany – doprawdy zjawiskowo! Większość zjazdu wiedzie otwartym terenem, więc podjazd w słoneczne, upalne dni, może dać się we znaki. Ja miałem tę przyjemność tędy zjeżdżać, więc wybór był odpowiedni.

Dotarłszy w dolinę, dojeżdżam do Lago di Tramonti. Jezioro niemal wyschnięte, jak większość podobnych we Włoszech (w tym roku Włochy borykają się ze straszną suszą). W połowie jego długości odbijam w boczną drogę, kierując się na Campone / Pradis di Sotto. Spokojny podjazd cienistą doliną, po kilku kilometrach przechodzi we wspinaczkę w słońcu, lecz w towarzystwie ciekawych widoków. Mijane miejscowości, jakby trochę zapomniane, tworzą sympatyczny wiejski klimat Włoch.

Po pokonaniu kilku niebanalnych wzniesień, zjeżdżam do doliny Arzino. Na początku spokojnie się wznosząc, docieram pod właściwy podjazd na Sella Chianzutan (954 m. n.p.m.). Jedzie się bardzo przyjemnie – miarowe nachylenie, bez szaleństw – czyli w sam raz na koniec wycieczki. Tuż przed przełęczą otwierają się widoki, które z kolei po jej minięciu nie pozwalają jechać obojętnie – trzeba się choć raz zatrzymać i na nie w spokoju popatrzeć. A widzi się całą dolinę Tolmezzo z jej majestatycznym otoczeniem gór, na czele z Monte Amariana – najbardziej charakterystyczną górą w okolicy.

Zjazd w kierunki Tolmezzo, a konkretnie do Verzegnis, jest czystą przyjemnością – ponownie wygodny, szeroki i dobry asfalt, przyjemne nachylenie i widoki co chwila – idealne zakończenie wycieczki. A koniec kąpiel w Lago Verzegnis – bezcenne :).

 

Dzień #5 (58 km / 1590 up): Passo Zovo & Passo di Col di Caneva

Kolejne dni wyjazdu do Włoch podporządkowane zostały prognozom pogody, która zapowiadała popołudniowe opady deszczu i burze. I faktycznie tak było. Stąd też kolejne dni upłynęły na przejechaniu nieco krótszych tras, z których ta z pewnością zasługuję na uwagę osób, które lubią stromiznę na podjazdach ;).

Wycieczkę rozpoczynam w Sapaddzie – włoskim kurorcie wypoczynkowym. Jadę nieco w dół doliny, do miejscowości San Pietro di Cadore, skąd zamierzam rozpocząć właściwą „zabawę”. Już pierwszy podjazd do wioski Costalta daje się we znaki. Doliną jedzie się ze średnią 11%, i nawet na serpentynach mało co odpuszcza. Przejazd między domami też ma „momenty”. Tuż za nią, jest bardzo malowniczy trawers, którego długość jednak budzi mój niepokój, ponieważ maleje odległość od celu – Passo Zovo (1606 m  m. n.p.m.), a wzrostu wysokości nie widać. I faktycznie – po pokonaniu trawersu przez niespełna 1,5 kilometra czeka mnie 300 metrów podjazdu, czyli średnia ponad 15%! Cały czas! Oj, jakże dziękowałem, że jedzie się w cieniu. Oj, jakże odliczałem kolejne metry… w górę. Już dawno tyle na stojąco nie wjeżdżałem. Droga od wioski średniej jakości, ale przy zerowym ruchu drogowym, nie stanowi to problemu. Więcej emocji budził sam wysiłek włożony w pokonanie tego krótkiego odcinka.

Przełęcz częściowo dość widokowa, ale co tu dużo mówić – to jednak wjazd jak i miejsce dla koneserów, poszukiwaczy bólu i spragnionych sponiewierania się kolarzy ;). Tym bardziej polecam :).

Zjazd z przełęczy wiedzie przez pierwszy kilometr po średnio wygodnym szutrze (wiedziałem o tym, ale woda mimo to rozmyła ciut więcej drogę, co dodatkowo utrudniało zjazd). Po pokonaniu tego odcinka dociera się do kompletnie nowej nawierzchni, która wygodnie doprowadza nas na malowniczy płaskowyż doliny Visdende, gdzie pasące się krowy mają pierwszeństwo we wszystkim. Poza tym jako ciekawostkę powiem, że pierwszy raz spotkałem się z taką ilością parkometrów w tak nietypowej dolinie – widać coś jest na rzeczy, że warto było je tu postawić. 

Po przejechaniu płaskowyżu, dojeżdżam do ujścia doliny, gdzie droga mocno wcina się w góry, i malowniczym przełomem docieram ponownie w dolinę, w której rozpoczynałem podjazd. Skręcam w lewo, w kierunku Sapaddy i jadę dalej, by wjechać na kolejną przełęcz tego dnia – Passo Col di Caneva (1842 m  m. n.p.m.). Nad głową zaczynają kłębić się już burzowe chmury, ale z racji, że w razie odwrotu miałbym już tylko zjazd, decyduję się na kontynuację wycieczki.

Właściwy podjazd zaczynam z Cima Sappada. Czeka mnie 8 kilometrów i nieco ponad 550 metrów podjazdu – brzmi dobrze. Ale jak się lepiej przyjrzeć, w podanej odległości zawarte są także płaskie odcinki, które siłą rzeczy zwiększają trudność ogólną odcinka. I tak się składa, że druga połowa obfituje całą serię rodzynków 12% i więcej. Nic to – powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. Jadę. Wraz ze wzrostem wysokości, i ze zbliżaniem się do celu, zmienia się otoczenie oraz widoki. Z wąskiej doliny wjeżdża się na szersze i bardziej rozległe zbocza, które otaczają imponujące szczyty. Oczywiście wszystko to tylko motywuje :).

Dotarłszy na koniec podjazdu, melduję się przy schronisku, przy którym bije źródło rzeki Piave, która po pokonaniu 220 kilometrów wpływa bezpośrednio do Morza Śródziemnego. Robię krótki odpoczynek – napawam się widokami, ponieważ prognozy na kolejne dni wróżą jednak załamanie pogody, więc oswajam się z wiedzą, że to będzie ostatni dzień wyjazdu, i rzecz jasna najwyższy zdobyty cel szosowy podczas tego wyjazdu.

Zjazd drogą wjazdu jest bardzo atrakcyjny – nawet strome odcinki przyjemnie się pokonuje. Dobra nawierzchnia, fajnie poprowadzona droga nie powoduje zbytniego zmęczenia rąk od zaciskania hamulców (jak to miało np. miejsce przy zjeździe z Zoncolanu do Ovaro)

W pół godziny zjeżdżam i docieram do Sappady do auta, a z gór dochodzi już dudnienie burzy. Przebieram się, gotuję obiad, który jem już w towarzystwie przelotnego deszczu i świecącego zza kropel słońca. Udało się idealnie zdążyć z trasą – bardzo ciekawą i atrakcyjną.

Nie bardzo chciałem jeszcze rozpoczynać podróż powrotną do domu, chcąc maksymalnie długo pobyć we Włoszech, postanowiłem więc jeszcze tego dnia podjechać do Tarvisio, przy okazji odwiedzając (autem) bardzo malowniczą dolinę Valbruna. W międzyczasie oczywiście solidnie polało, pogrzmiało i ogólnie prognozy się sprawdziły. Powrót więc postanowiłem przełożyć na kolejny dzień.

 

Dzień #6 (49 km / 1420 up): Mangartsko sedlo

Miał to być dzień powrotu, lecz moja determinacja szosowa zwyciężyła, i na przekór prognozom, postanowiłem wycisnąć z tego dnia coś więcej niż tylko podróż samochodem do domu. Zweryfikowałem prognozy, i dało się w nich znaleźć krótkie 3-4 godzinne okno pogodowe – rano – czyli idealnie. Postanawiam więc zrobić jedynie słuszną trasę z Tarvisio, czyli podjechać na Mangartsko sedlo (2055 m  m. n.p.m.). Podjazd już znałem, jadąc nim nim 2 lata wcześniej, więc wiedziałem co mnie czeka, i gdzie w razie czego zrobić odwrót, gdy zacznie grzmieć/padać.

Wstaję więc wcześniej rano, śniadanie, poranne grzebanie i po 8 wsiadam na rower. Całkiem sprawnie wjeżdżam na przełęcz Predil czyli przekraczam granicę słoweńsko-włoską. Nad głową jeszcze nie widać znaczącego zła, więc jadę dalej. Po krótkim zjeździe rozpoczynam właściwy podjazd.

A ten – podobnie jak na poprzednim wyjeździe, choć brzmi i wygląda poważnie (bo w sumie taki jest – średnio 9%), udaje się całkiem sprawnie pokonać. Być może perspektywa załamania pogody dodatkowo mobilizuje, choć i tak założyłem sobie, że jadę do pierwszego deszczu lub pomruku burzy. Na tym odcinku po prostu nie ma gdzie przeczekać załamania pogody, a zjazd w deszczu, po spadku temperatury, ani przyjemnym, ani bezpiecznym nie jest.

Lecz udało się – kolejny raz zdobywam przełęcz pod Mangartem. Kolejny raz doświadczam wyjątkowych wrażeń estetycznych w trakcie przejazdu i oczywiście czuję ogromną satysfakcję z dotarcia do celu. Na górze robię tylko krótki postój by zrobić kilka zdjęć, podejść na skraj przełęczy, zerknąć na malowniczą dolinę Fusine, ponieważ już widzę, że w dolinie od strony Bovca zaczyna padać. Zakładam kurtkę i zjeżdżam. 

Podczas zjazdu mija mnie jeszcze kilkadziesiąt osób jadących w górę, którzy może nie wiedzą lub nie widzą zbliżającego się deszczu. Szybko pokonuję krótki podjazd na przejście graniczne SLO/IT, i cieszę się, że dosłownie mam już tylko „w dół”. Za plecami widzę coraz ciemniejsze chmury oraz firany padającego z nich deszczu. Oj, nie zazdroszczę tym osobom, które wciąż są na trasie pod Mangartem. Docieram do auta – bez żadnej kropli deszczu – ufff – udało się! Idealne zakończenie wyjazdu – później już wg prognoz przez najbliższe dni głównie opady i burze. Czas więc faktycznie wracać. Pakuję rower, zjadam obiad i ruszam w drogę do domu. Taką trochę z małym bonusem ;).

 

Dzień #7 (137 km / 3380 up): Dlouhé Straně & Praděd

A bonusem wyjazdu okazało się odwiedzenie Jeseników w Czechach. Miałem już kilka podejść w tym roku, do odwiedzenia szosą tych gór, lecz zawsze coś stawało na przeszkodzie. Więc w końcu się udało – nieco odbiłem z drogi powrotnej, lecz kto wie i zna – Jeseniki zdecydowanie są tego warte.

Na miejscu w zasadzie miałem przygotowane 2 trasy, które gdzieś tam czekały w Garminie. Postawiłem wszystko na jedną kartę, wybrałem tę dłuższą i wyższą – a co – najwyżej znów będę myślał o pomocy z zewnątrz ;).

Tego dnia jednak nie forma/kondycja była przeszkodą w pokonaniu trasy, lecz chłodny i mocny wiatr, który zdecydowanie przeszkadzał na niemal każdym otwartym odcinku trasy. Po pierwszych 20 kilometrach miałem naprawdę chęć zawrócić, i z podkulonym ogonem, zakończyć wyjazd. Ale jakoś potem przyszedł podjazd na Dlouhé Stráně, potem fajny zjazd i podjazd na Červenohorské sedlo. A jak tu już byłem, to stwierdziłem, że „jakoś to będzie”, i kontynuowałem trasę. Udało się więc pokonać całą rundkę, łącznie z jej kulminacją na końcu, czyli wjazdem na Praděd (1491m  m. n.p.m.) czyli najwyższym szczytem Jeseników. Rundkę kończę w Rymarowie, czyli w miejscowości skąd zaczynałem przejazd. Na koniec dnia wiatr niemal ucichł, chylące się ku zachodowi słońce majestatycznie rozświetliło pofalowany krajobraz Jeseników i otoczenia, dając mi na koniec ze zdwojoną siłą odczuć wyjątkowość odwiedzonej przeze mnie tej części Czech.

Tak, to był bardzo przyzwoicie spędzony urlop. Szczególnie polecam odkrywanie mniej znanych wszem i wobec miejsc. Włochy już wielokrotnie odwiedziłem, jeżdżąc na miejscu na szosie. Oczywiście najpierw były to te najbardziej znane przełęcze i miejsca w Dolomitach, lecz równie szybko zacząłem zaglądać w sąsiednie doliny, gdzie można znaleźć naprawdę bardzo piękne drogi, miejscowości i przede wszystkim malowniczy góry, bez których nie wyobrażam sobie życia :).

Dziękuję 🙂

 

Inne rowerowe wyjazdy do:
– Słowenii:
      » Słoweńska majówka #1
      » Słoweńska majówka #2
      » Słowenia – Włochy: 3:2

– Włoch:
      » Z głową w chmurach czyli wakacje w Dolomitach
      » Szosowe wakacje w Dolomitach
      » Słowenia – Włochy: 3:2
      » Dolomity na 5+
      » Szosowe „la dolce vita”

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.